Dziecięca wiara a grzech
„Kto z was dowiedzie na mnie grzechu? Jeśli prawdę mówię, czemu mi nie wierzycie?” Św. Jan, XIII 46
[…] Do czego sprowadza się wyzwanie Chrystusowe? Do podwójnego twierdzenia:
1. W nauczającym, jeśli nie ma grzechu, nie ma fałszu.
2. W słuchającym, jeśli nie ma grzechu, nie ma niewiary.
Takie jest rozumowanie Chrystusowe:
1. Kto dowiedzie grzechu na mnie? Z Boga jestem, więc prawdę mówię.
2. Czemu mi nie wierzycie? Bo z Boga nie jesteście, bo z grzechu jesteście, z ojca diabła.
By się przekonać, weźmy przed oczy historię duszy ludzkiej. Zacznijmy od dziecka.
Bracie mój, słyszałeś, jak Chrystus przypuszczał do Siebie dzieci, tulił, kładł ręce na głowy, błogosławił? Pójdźmy razem, i spójrzmy na takiego maluczkiego. Do wielkich cię nie prowadzę. Idźmy do maluczkich, oni nas lepiej nauczą. Widzisz tę twarz szczęśliwą? Jeszcze wyziew zarazy grzechowej nie pokalał tego czoła. Patrz, jakie czyste oko, jaki błogi uśmiech, jakie ruchy szczere, jakie słowa niewinne! Czy widzisz tę jasną pogodę, tę wonną błogość po całej tej małej istocie rozlaną? Chcesz wiedzieć dlaczego? Jeszcze w niej grzechu nie było! Dlatego tak świeci, tak się śmieje, taka szczęśliwa! Dlatego Pan Jezus o niej mówi: „Dopuście dziatkom iść do mnie, a nie zakazujcie im, albowiem takowych jest królestwo Boże”. (św. Marek, X. 14). Tak, królestwo niebieskie jest jego, bo wierzy.
Lecz, aby wierzyć, trzeba rozumieć, tyle przynajmniej, ile potrzeba do wierzenia. A więc powiedz nam, dziecię lube, kochanku Jezusowy, czy ty rozumiesz, co do ciebie Pan Jezus mówi? Czy ty rozumiesz tę wysoką naukę, tę niebieską mowę? Tę mowę, której nie rozumieli mądrzy tego świata, nie pojmowali Starsi żydowscy, którą odrzucali Faryzeusze, wyśmiewali uczeni w Piśmie, o której sami uczniowie mówili: „Twarda jest ta mowa, i któż jej słuchać może?” (św. Jan, VI. 60.) Powiedz mi, moje dziecię, czy ty ją rozumiesz?… Lecz co ja pytam? Ty byś nie miało rozumieć! Ach, przecież w tobie grzechu nie ma, więc ją rozumiesz, ach, i jak rozumiesz! Lepiej niż mądrzy, lepiej niż starzy, lepiej niż uczeni, lepiej niż sami uczniowie ze świata wzięci. Rozumiesz, o, rozumiesz, bo w tobie grzechu nie ma.
Patrzcie, jak temu dziecięciu umysł i serce się otwiera na wszystkie prawdy wiary Chrystusowej, jak wszystko dobrze rozumie! Jak dobrze rozumie, co to jest Bóg Ojciec, jak Go poznaje i czułą cześć Mu oddaje. Jak rozumie, co to Bóg Syn, i co to, że z Nieba zstąpił, i co to, że się narodził, i że Go piastowała Matka Przenajświętsza. Czy widzicie tę dziecinę, co się potem nazywać będzie św. Weroniką Giuliani, jak przed obrazem Matki Bożej stoi pięcioletnia, jak się przymila, jak prosi Maryje, żeby jej Dzieciątko choć na chwilę oddała (jak ona rozumiała, że to Matka!) i póty prosi, póty błaga, póty żebrze, póki nie otrzymuje czego żąda! Ach, ona rozumie, co to Syn Boży, co to Matka Boża, rozumie, choć jeszcze pięciu wiosen nie liczy: ona wierzy! Bo też w niej grzechu nie ma, a da Bóg, że i nie będzie. O dziecię moje! Jakkolwiek się nazywasz, tylko wzrastaj, wzrastaj bez grzechu, a wzrastać będziesz w rozumieniu, w mądrości, w wierze. Dla ciebie tajemnice wszystkie im są wyższe, tym się zniżą, będą niebieskimi zabawkami dla twego rozumu, rajskimi słodyczami dla twego serca, Bożymi pieszczotami dla twojej duszy. Wzrastaj, wzrastaj, moje dziecię, w tym powietrzu nadziemskim, wśród tych jasności nie z tego świata, tul się do boku twego Ojca niebieskiego, pieść się na łonie twej Matki niebieskiej, igraj z Bożym Dziecięciem, rówieśnikiem twoim, i tak wzrastaj szczęśliwe, o dziecię moje. Bo cię czekają coraz większe jasności, coraz większe słodycze, rozkosze, tajemnice Boże. O, czeka cię największa, i już, już się zbliża: czeka cię Komunia święta. Tylko, czy ty ją rozumiesz, moje dziecię? Tajemnica wielka, nieskończona, niezgłębiona, nad wszelki rozum i pojęcia ludzkie, ach, nawet nad anielskie! Czy ją rozumiesz? Oto Bóg, moje dziecię, Bóg sam, rozumiesz, co to jest? Bóg sam zamknie się pod małą postacią i odda ci się na pokarm. Pożyjesz Go, do ciebie wejdzie i w tobie zamieszka, i już nie ty, ale On w tobie żyć będzie. Tajemnica niezrozumiała. Czy ty ją rozumiesz, moje dziecię? Co widzę? Twarz dziecięcia tak się rozjaśniała, ale tak mile. Tak spokojnie, tak łagodnie, że rzekłbyś, iż ta rzecz tak niesłychana wcale dla niego nie obca. Rzekłbyś, że już o niej wiedziało, że się jej spodziewało, że jej czekało i teraz, kiedy mu o niej powiedziano, rozpływa się z radości, że to prawda, że tak jest doprawdy. Ach, bo w nim grzechu nie było! I oto, patrzcie, jak się przygotowuje, jak się skupia, jak przystępuje do tajemnicy, jak przyjmuje Boga samego. Wszystko wtedy z przed oczu jego znika, świat cały mu znika, ono samo sobie znika, tylko Bóg zostaje: ono całe w Bogu, a Bóg w nim! Ach, jakie wtedy gody i w Niebie i w jego duszy: jaki pokój, jaka cisza! Tylko Aniołowie z góry podziwiają, tylko tu na ziemi dobrzy ludzie współ cieszą się i dziękują! Niebo zstąpiło na ziemię: bo na tej ziemi grzechu nie było.
Teraz wstań, moje dziecię, wstań! Boś już nie dziecko. Już żeś mąż, już żeś wojownik, już żeś rycerz! Wstań, walka cię czeka. Idź na nią śmiało; tylko się nie daj zwyciężyć! Będę patrzył na ciebie, nie bez trwogi wprawdzie, ale zawsze pełen nadziei. Aliści moja nadzieja co dzień wzrasta i z dnia na dzień mocniejsza i mocniejsza zamienia się w ufność, w bezpieczeństwo, w zupełną pewność! Dlaczego? Bo ten młodzieniec miły, pomazany na rycerza Bożego, nie zgrzeszył dotąd i nie grzeszy. Ach! Więc pewno wiary nie straci, pewno Boga nie odstąpi; on zawsze będzie wierzył, zawsze przy Bogu stać będzie. I patrzcie, jak mocno stoi! Wszedł na drogę rozumu i już całą przestrzeń przeszedł bezpiecznie! Dla niego nie było żadnej trudności, żadnej wątpliwości, żadnego zawikłania, żadnej ciemności, nic, nic, co innych tak zatrzymuje, co innych tak gubi, dla niego nic tego nie było. A dlaczego? Bo w nim nie było grzechu. I nie tylko przeszedł drogę rozumu, ale jeszcze przeszedł i dziedzinę życia i rolę całą swego serca przeorał, głębiny duszy swojej przekopał wszystkie, i nigdzie, nigdzie nie znalazł trudu, nigdzie zciemnienia, nigdzie zwątpienia — bo w nim nie było grzechu! Każdy dogmat był dla niego nową jasnością, każda tajemnica nową pociechą, każde przykazanie nową siłą, każde słowo Chrystusa Pana do rozumu i do duszy nowym światłem, nowym życiem — bo w nim nie było grzechu! I nasz młodzieniec już doprawdy mężem, już w nim wiara świeci jak słońce w południe na najwyższym niebie, już cnota jego i siła duchowna korzenie swe zapuściła w najgłębszą ziemię jego duszy; wtedy z Bogiem, z Jezusem, zawiera swe, już nie dziecinne, ale męskie, wieczne śluby, cały wtedy namaszczony już i potwierdzony łaską Bożą. O, już nie mam trwogi, już się o niego nie boję; bo w nim nie było, nie ma, i, da Bóg, już nie będzie grzechu! Stoi on już w tym stopniu, w tej potędze ducha, w tym połączeniu z Bogiem swoim, gdzie może bezpiecznie z Apostołem zawołać: „Któż tedy nas odłączy od miłości Chrystusowej? Utrapienie? Czy głód? Czy nagość? Czy niebezpieczeństwo? Czy prześladowanie? Czy miecz?… Albowiem pewien jestem, iż ani śmierć, ani żywot, ani Aniołowie, ani księstwa, ani mocarstwa, ani teraźniejsze rzeczy, ani przyszłe, ani moc, ani wysokość, ani głębokość, ani inne stworzenie, nie będzie nas mogło odłączyć od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Panu naszym”. (Do Rzym. VIII. 35. 38. 39.) Nic, nic nie rozłączy — bo w nim nie ma grzechu.
Bracia najmilsi! Rozjaśnił się umysł nasz, rozszerzyła się dusza nasza, kiedyśmy tak razem patrzyli na tę szczęśliwą duszę, w której grzechu nie było. Zrozumieliśmy tajemnicę, dlaczego ona wiary nie straciła. A teraz czyż mam i umysł brudzić, serce dręczyć i całe wnętrzności ściskać moje i Wasze, na tę drugą duszę patrząc nieszczęśliwą, która się grzechowi oddała? Dość spojrzeć na tamtą, czym jest, aby się domyślić, czym ta być może. Tamta piękna, jasna, spokojna, szczęśliwa, więc ta musi być brzydka, skalana, posępna, zachmurzona, wzburzona, bez szczęścia, bez pokoju. Dalej iść nie mogę; nie mogę zstąpić do tych myśli, których myśleć nie można, do tych uczuć, które czuć zgrozą… dosyć! Darujcie mi, ani Wam to miło, ani Bogu z tego chwała. Lecz, co mówić muszę koniecznie, to to, że do takiej duszy za grzechem idzie koniecznie niewiara. Patrzcie na to dziecię, które choć dziecię jeszcze, a już je grzech zaraził. Czy to też w ślad za tym ono już nie rozumie głosu Chrystusa? Nie, nie rozumie. Uczy się na pamięć słów katechizmu, ale ich znaczenia nie rozumie. Jak od ich zrozumienia daleko rozum! Modli się ustami, ale od modlitwy jakże daleko serce! Czyni coś zewnątrz, co mu każą, bo ono jeszcze dziecko, bo inaczej nie umie i nie może: ale od uczynków jakże daleko dusza! Patrzcie: ma przystąpić do Sakramentu Najświętszego. Tu drżę, tu mi serce ustaje, tu mi się dusza ściska. Patrzcie! Idzie z grzechem. Boże mój, w Tajemnicy Żywota spełnia się tajemnica śmierci; zamiast przemienienia się w Boga, przemienia się dusza w szatana! Biada temu, rzekłbym, trzykroć biada temu, który pierwszą Komunię św. źle przyjął, gdyby w łonie nieskończonej dobroci Bożej nie było miłosierdzia na wszystko! Lecz jeśli dusza się nie opamięta, niewiara wzrasta, szatan na tej drodze pędzi duszę wielkim pędem. Jedna trudność po drugiej, jedna wątpliwość po drugiej, inne i zawsze inne zawikłania, ciemności, przeczenia i wkrótce z całej wiary już nic nie zostało, nic!
Czasem nie tak prędko się zacznie, ale historia zawsze ta sama, tylko może jeszcze smutniejsza. Czasem już młodzieniec, już przebył pierwsze zapasy, pierwsze próby, był niewinny, był dobry, był wierzący, był bez grzechu: i nagłe przyszło zaprzeczenie. I upadł. Boże mój, to dopiero płaczu godna historia! Zgorszenie wprawdzie przyjść musiało, bo i ten, co nie upadł, przez zgorszenie przechodził. Ale jednak, kiedy ktoś przed zgorszeniem upadnie, o, biada, wtedy — i jemu biada i temu, kto zgorszył biada, i temu nawet trzykroć biada, bowiem rzekł Chrystus: „Nie podobna jest, aby zgorszenia przyjść nie miały, lecz biada temu, przez kogo przychodzą. Pożyteczniej mu jest, gdyby młyński kamień zawieszono na szyi jego i rzucono go w morze”. (św. Łuk. XVII. 1. 2.) Historia zawsze ta sama. Po upadku niewiara wzrasta. Szatan jeszcze prędzej takiego pędzi: zdawałoby się, że chce czas stracony odzyskać. I wkrótce, wkrótce o wiarę już nie pytaj!
Moi Najmilsi, oto jest historia niewiary. Nigdy nie była inna i nie będzie. W ten sposób niewiara na ten świat się narodziła; do każdej duszy, do której weszła, tylko tym sposobem weszła, to jest, przez grzech. Pokażcie mi jedną duszę, jedną tylko, która by wierzyła, a potem bez grzechu wierzyć przestała, przestała wierzyć wskutek spokojnego, sumiennego szukania prawdy, pokażcie mi! Nie ma jej. Nie znajdziecie. A ja Wam pokażę, że tak jest, jak mówię. Do ciebie się odzywam, gdybyś tu był, nieszczęśliwy, do ciebie, który nie wierzysz, albo i do ciebie także, któryś kiedyś nie wierzył. W sumieniu twoim, przed Bogiem, nie będziesz mógł zaprzeczyć temu, co ci powiem: Powiedz, wierzyłeś? Więc wierzyłeś, dopóki nie zgrzeszyłeś; przestałeś wierzyć wtedy dopiero, kiedy zgrzeszyłeś, kiedy popełniłeś to, co my Chrześcijanie nazywamy grzechem. Ty to zapewne nie nazywasz grzechem; wolno ci; ale wtedy przestałeś wierzyć. Tego nie możesz zaprzeczyć. A ja ci więcej powiem: o ile grzeszysz, o tyle nie wierzysz, i w tym właśnie nie wierzysz, w czym grzeszysz. Bo nie myślę, żebyś już w nic nie wierzył, żebyś już zstąpił na samo dno przepaści. Cóż? Czy nie tak? Mów, co chcesz ustami; twoje sumienie mówi razem ze mną: nie wierzysz, bo zgrzeszyłeś.
A więc, Bracia moi, gdzie grzech, tam niewiara, tam fałsz, tam nieprawda. Gdzie nie ma grzechu, tam wiara, tam jasność, tam prawda. Teraz rozumiemy Chrystusa: „Kto z Boga jest, słów Bożych słucha; dlatego wy mnie nie słuchacie, że nie jesteście z Boga”. (św. Jan, VIII. 47.) A dlaczego Chrystus z Boga? Bo: „Kto z was dowiedzie na mnie grzechu?” Dowód niezłomny. „Więc prawdę mówię. Ale wy z grzechu (nie z Boga) więc nie wierzycie”. I tak, gdzie nie ma grzechu, tam tylko prawda i wiara, a gdzie grzech, tam ani prawdy, ani wiary. Dowód niezłomny, kamień probierczy na wszelką prawdę nową i wiarę nową.
- Mowa o wychowaniu dzieci – św. Jan Chryzostom
- Testament hetmański – Stanisław Żółkiewski
- Dla matki – pogadanka o celu wychowania
Boże mój! Jaki przede mną w tej chwili widok się otwiera! Oto stoi Chrystus, nie tylko przed Faryzeuszami, w jednej chwili Swego życia tam w świątyni jerozolimskiej, ale stoi na wielkim planie historii, wobec wszystkich ludów i narodów, jako ich Nauczyciel prawdy i Sprawca ich wiary i woła: „Wierzcie mi wszyscy! Wy, którzy wierzycie, z Boga jesteście, bo słów moich słuchacie. Ale wy, którzy nie wierzycie, jakoż mi nie wierzycie, kiedy mówię prawdę? Tak, mówię wam prawdę, bo i któż, kto z was dowiedzie na mnie grzechu?” O, słowo dziwne, słowo nieporównane! Któż je kiedyś powiedział? Żaden stwórca nowej religii na to się nie ośmielił. Samowładcy świata, co siebie za bogów mieli, nie zdobyli się na tyle odwagi. Żaden z nich nie wystąpił przed światem i nic rzekł: Kto z was dowiedzie na mnie grzechu? Nikt! Chrystus jeden to uczynił. Do tych samych przeciwników Swoich wciąż mówił i mówi: „Kto z was dowiedzie na mnie grzechu? Ty Julianie Apostato, ty Mahomecie, ty kapłanie lub zakonniku przeniewierco (Luter), ty Żydzie filozofie (Spinoza), wy wszyscy Judasze, Piłaty i Herody! Na każdym z was można dowieść grzechu; ale kto z was dowiedzie grzechu na mnie choć jednego z tych, którymi wy świat napełniliście, i o których milczycie sami i milczeć każecie? Kto z was?” O Jezu mój, Ty jeden to możesz powiedzieć i słusznie mówisz! Ty jeden Mistrz prawdziwy, i jeżeli my Tobie nie wierzymy, to dlatego, żeśmy zgrzeszyli i żeśmy w grzechu. Ale, o Jezu mój. Ty więcej możesz powiedzieć, bo Ty nie tylko żyłeś lat trzydzieści trzy tu na tej ziemi. Ty ciągle żyjesz w Kościele Twoim świętym. Ty możesz zwołać przed Siebie wszystkie narody, pokolenia, płci i stany, ludzi wszystkich i powiedzieć nie już to tylko: kto z was dowiedzie na mnie grzechu, to jasna rzecz, szatani sami ust nie mogą otworzyć, ale Ty im więcej nieskończenie możesz powiedzieć: „Kto z was może mi dowieść, żem mógł co dla niego uczynić, a nie uczyniłem? Kto z was przyszedł do mnie, a nie znalazł światła? Kto pragnął pokarmu dla duszy, a odszedł głodny? Kto pociechy dla serca, a odprawiłem go smutnym? Powiedźcie, wy, więźnie, czym was z więzień nie wyprowadził? Wy, ubodzy, czym was nie wsparł? Wy, chorzy, czym was nie opatrzył? Wy, łaknący i pragnący, czym was nie nakarmił i nie napoił? Powiedzcie, wy, niewolnicy, wy, wyrzutki społeczeństwa, czy was wolnością nie obdarzyłem, ludźmi, synami Bożymi nie uczyniłem? Powiedz szczególnie ty, kobieto, czy cię nie wydźwignąłem z poniżenia, z pohańbienia, ze służby, z niewoli, i czy cię nie uczyniłem panią, czy cię nie uczyniłem towarzyszką moją, wspólkrólową, oblubienicą? A ty, duszo, któraś mi się poślubiła przez wiarę i miłość, ty duszo, ty dopiero, która doświadczyłaś, co ja czynię dla tych, co mi się całą miłością oddadzą — powiedz, czy jest coś, co miałbym uczynić a nie uczyniłem, dać a nie dałem? Czy można coś myślą pomyśleć, sercem zapragnąć, duszą pożądać, czego nie dałbym tobie, i obficie, nad wszelkie żądanie, i pragnienie, i myśl samą?” Ach, Panie, mów śmiało, wyzywaj wszystkich! Oto każda dusza, która Cię tylko poznała, odda Ci głośne świadectwo: Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani w serce człowieka nie weszło, co Pan zgotował dla kochających Siebie. Mam jeszcze kilka słów tylko, ale ważnych, powiedzieć.
II.
Co mnie przeraża w dzisiejszych czasach, co mnie przekonuje, że to już ostatnie, to, że już są tacy, co złe nazywają dobrem, a grzech cnotą. Tego dotychczas nigdy nie było, przynajmniej w całości. To strach! Kiedy Chrystus mówił: „Kto z was dowiedzie na mnie grzechu?” — wtedy wszyscy Go dobrze rozumieli, bo wtedy grzech, tak w rozumieniu Chrystusa, jak ludu, jak wszystkich, zawsze był grzechem — jednakowo. Dziś nie tak. Występują nowi nauczyciele, nowi prawodawcy. Grzechem… poskromienie zmysłów, grzechem… wyrzeczenie się, grzechem… pokora, grzechem… posłuszeństwo, grzechem… ubóstwo. Czyż nie tak? Więcej jeszcze: Cnoty… to namiętności. I wyliczyli, że tych głównych cnót jest siedem, ile dawniej grzechów było głównych! I zaciera się uczucie grzechu, zaciemnia się, zagłusza. Boże mój! Dokąd idziemy?
Przyjdzie, przyjdzie czas, że doprawdy zginie uczucie cnoty, że grzech publicznie na ołtarze wstąpi, że nieprawość człowieka wyniesie się nad wszystko, co się nazywa Bogiem i czczone za Boga. Alboż nie widzę, jak ta tajemnica nieprawości, mysterium iniquitatis, rośnie, rośnie naokoło? Czy nie widzę, jak się wzmaga? Mamy zapowiedzi Boże, co nas zaręczają, że grzech przemoże: „Wszakże — mówi p. Jezus — Syn człowieczy przyszedłszy, izali znajdzie wiarę na ziemi?” (św. Łuk. VIII. 8.) Ale dziś i tego nie potrzeba; dość spojrzeć naokoło. Można niemal wyrachować kiedy na ziemi nie będzie światła, nie będzie cnoty, nie będzie wiary — nie będzie Boga, ale szatan!
Co czynić? Oburącz chwycić się Chrystusa. Trzymać się wiary, aby nie popełnić grzechu, unikać grzechu, aby nie stracić wiary; wzmacniać wiarę, wzmacniać cnotę.
O człowieku, tylko nie grzesz! A nie stracisz wiary, a nie obejmą cię ciemności, a w samych ciemnościach świecić będziesz, stać będziesz bezpieczny, wolny, spokojny. Świat cały naokoło ciebie zapadnie, ale jego ruiny ciebie nie przywalą, wzniesiesz się nad nie, a one u stóp się twoich położą, wzniesiesz się nad nie wolny już wtedy, bezpieczny, szczęśliwy na wieki, bo bez grzechu, bo z wiarą w Chrystusa. Amen.
Źródło: Ks. Piotr Semenenko CR, Kazania na niedziele i święta roku kościelnego, tom I, 1913.
Kazanie na V Niedzielę W. Postu. Grzech przyczyną niewiary. str. 281.
Tekst został nieznacznie uwspółcześniony.



