
Młodzież kończąca szkołę pospolitą powinna zatem jasno i zwięźle wyrażać swe myśli w mowie i piśmie, w ćwiczeniach piśmiennych zaś starannie unikać błędów gramatycznych i ortograficznych.
Najmilsi ojcowie i matki!
Proszę was, błagam i zaklinam, bądźmy zawsze wszyscy troskliwymi o dobre wychowanie dzieci naszych[1], zawsze i wszędzie starajmy się pilnie o zbawienie ich duszy. Naśladujmy w tym sprawiedliwego Joba. Strzegł on ustawicznie, troszczył się i lękał, by synowie jego, myślą nawet najmniejszego nigdy nie popełnili grzechu, i dla tego też ciągle za nich swe ofiary wszechmocnemu składał Twórcy.
Gdybym chciał zebrać w Polsce zwolenników tezy, że państwo nie powinno zajmować się szkolnictwem, wątpię doprawdy, czy doszukałbym się ich tylu, by nas było razem — dwóch. Szkoły państwowe, rządowe nauczanie, nawet wychowanie państwowe, stanowią dziś coś takiego, „co rozumie się samo przez się”; należy to do politycznego „umeblowania głowy“ Europejczyka kontynentalnego.
Czy ma sens pytanie: „Jak się uczy?” I czy możliwa Jest na nie odpowiedź? Komu z uczących się obce są chwile niezrozumiałego „otępienia” kiedy po prostu nic nie chce „wejść do głowy”? Kogo nie zniechęciła ni razu do pracy nagła zawodność pamięci tam, gdzie,
