Prospero Piatti, Scena ze starożytnego Rzymu - De Agostini Picrute Library
vs Edukacja globalna

Historia niewolnictwa rzymskiego a współczesne globalne trendy

Lecz jeśli różnice narodowościowe nie tak bardzo dzieliły ówczesny świat, za to dzieliły go ogromnie różnice klas. Z ustroju demokratycznego republiki rzymskiej już nie zostawało innego śladu, jak tytuły. Lud, abdykowawszy w ręce imperatora, wyzuwszy się wszelkiej myśli o dobru publicznym, przestał tym samym być wartością moralną. Odległość społeczna między jego ubóstwem, a posiadaczami wielkich fortun, wyrosła olbrzymio. Biedacy czepiali się jeszcze klamki bogaczy, cieszyli się jeszcze nazwą clientes, ale już im tylko przez okna rzucano sportulas, koszyczki z jadłem. A kiedy hojność prywatna nużyła się karmieniem tych darmozjadów, musiało państwo utrzymywać ich „publicznymi jałmużnami” 1. Byli tak niskimi, że samo prawo rzymskie śmie ich niskimi i najniższymi nazywać: humiles, humiliores, tenuiores, tenuissimi 2.

Ale jeszcze nieskończenie większy był przedział między ludźmi wolnymi a niewolnikami. Przedziału tego ani wyobrazić sobie łatwo nie możemy, tak nam brakuje punktu porównawczego w warunkach społecznych, wśród których żyjemy. Liczba niewolników w Rzymie cesarskim przewyższała ogromnie liczbę ludzi wolnych. Paweł Allard, znakomity badacz starożytnego niewolnictwa 1, oblicza, że, ile ktoś miał tysięcy złotych reńskich majątku, tyle miał przeciętnie niewolników.

Najmniejsza tylko ich część używaną była do posług domowych. Część największa uprawiała rolę swych panów, pracując w kajdanach, noc spędzając w okropnych „ergastulach”. Wielka wreszcie ich liczba po różnych rękodzielniach i warsztatach miejskich wytwarzała, pod batem dozorców, wszelkie wyroby, jakich rozwinięta aż do zbytkowności kultura wymagała. Niektóre wielkopańskie domy za punkt honoru uważały, żeby wyrabiać u siebie wszystko zgoła, czego potrzebowały; największa jednak część takich rękodzielni niewolniczych wytwarzała towary na sprzedaż. I dlatego właściwie ludzie wolni, niemajętni, nie mogli żyć z własnej pracy, bo praca niewolnicza nie dopuszczała ich do zarobku; musieli więc chcąc nie chcąc dać się żywić z publicznych datków. Dzisiejsze fabryki nazywane czasem bywają piekłem, nie bez pewnej słuszności — niewolnicy jednak, którzy w wielkich rzymskich warsztatach pracowali, pewnie by je rajem nazwali. Plaut, który najlepiej podpatrzył życie tej warstwy rzymskiego społeczeństwa, szkicuje raz po raz obrazy, jakby żywcem wzięte z niższych kręgów Dantejskiego Piekła. Oto, jak wygląda np. piekarnia: „Tam płaczą źli niewolnicy, którzy jedzą polentę; tam się rozlega trzask batów i brzęk łańcuchów; tam pasy z wołowej skóry drą skórę ludzi żywych” 1. Z tym wszystkim roboty w miastach uchodziły, nawet u niewolników, za igraszkę wobec robót polnych i górniczych i życia w ergastulach. „Nieraz widziałem męki piekielne wymalowane; ale prawdziwym piekłem jest miejsce, z którego wracam” — tak się wyraża niewolnik, który się świeżo z kopalni wydostał 1.

A to wszystko nie było wybrykiem przeciw prawu, kaprysem złych ludzi. Było to systemem społecznym, porządkiem, prawem. Niewolnik nie był uznany za osobę, ale za rzecz w ścisłym znaczeniu. Ustawa państwa i kontrakty prywatne stawiają go systematycznie w jednym rzędzie z bydłem: „niewolnik, lub inne bydlę” — mówią o nim 2. Tą samą grzywną karzą za bicie cudzego niewolnika, co za bicie wołu, owcy, kozy3. Konsekwentnie, niewolnik nie ma żadnego zgoła prawa 4. Nie ma prawa do życia: pan go do woli może zabić; interes zwykle każe go żywić, ale kiedy zesłabł, okaleczał lub postarzał się, wtedy nawet interes nakazuje się go pozbyć. Sam Kato radzi przezornym gospodarzom pozbywać się zawczasu starzyzny: „sprzedawać stare konie, stare wozy, żelastwo, starszych niewolników” 5. Nie ma również niewolnik prawa do małżeństwa, do rodziny: „Na Herkulesa! — śmieje się Plautus — co to za małżeństwo niewolnika! Kto kiedy widział, żeby niewolnik się żenił?” 6. Chwilowych związków między służbą, contubernia, właściciel dopuszczał lub zabraniał, kierując się w tym jedynie ekonomicznym interesem swoim. Dzieci niewolnika do niego nie należą. Własność ich idzie tym samym torem prawnym, co własność owoców drzewa, lub płodów trzody. Właściciel je sprzedaje, prostytuuje; kiedy spieniężyć nie może, często po prostu porzuca, „exponuje” 1. Kiedy zaś je chowa w domu, to nie zostawia ich ojcu lub matce — oni mają co innego do roboty — ale powierza je wspólnemu „karmicielowi”, którego urzędem jest cały ten „przyrostek domu” wykarmić i wyćwiczyć 2. Najmniej oczywiście ma prawa niewolnik do sumienia, do moralności, do wstydu. Już Arystoteles odmawiał mu przyrodzonej zdolności do wolnej woli i do szczęścia 3; prawo zaś rzymskie sankcjonowało na zimno wszelkie możliwe użycia i nadużycia właścicieli 4. A Plaut opowiada, z uśmiechem cynicznym i tragicznym zarazem, jak te nadużycia wyglądały w praktyce 5. Prawo rzymskie jest nawet tak straszliwie konsekwentne w odmawianiu niewolnikom sumienia, że nie uważa ich za zdolnych występku przeciw obyczajom, i w najprzeciwniejszych naturze związkach niewolników nie upatruje zdrożności 6.

To też właściciel nie na tym spekuluje, żeby wyrobić w niewolniku jakiś zmysł moralny, jakieś poczucie obowiązku — to z góry uważa on za niemożliwe — ale jedyny środek, jakiego używa i jaki mu tak prawnicy jak i filozofowie doradzają, jest to terroryzm. Zamożniejsze domy mają własnego kata do karania służby; ubożsi posługują się założonymi na ten cel przedsiębiorstwami, gdzie wysłany z kartką niewolnik odbiera wyznaczoną od pana liczbę plag, i odnosi kwit. Rozumie się, że oprócz tych, pod liczbą wymierzonych razów, padała jeszcze na bezbronnego nieobliczalna ilość uderzeń, czasem okaleczeń, z ręki nadzorców, albo i samego pana, gdy się zdarzyło w jego obecności stanąć. Ta straszliwa, niczym nieokiełznana władza karania domowników w pierwszym porywie gniewu, doprowadzała do takiego rozpasania tkwiące w naturze ludzkiej popędy dzikości, że to przerażało myślicieli. Seneka kreśli ohydny tych okrucieństw obraz, w dziele swym de Ira. Poeci zaś, Owidiusz 1, Juwenalis 2, z przekąsem opisują, jak panie rzymskie prześcigają jeszcze panów w pastwieniu się nad nieszczęśliwą służbą.

Nadużycia te rosną, w miarę jak się wzmagają fortuny rzymskie, a nędznieją charaktery. Nareszcie cesarze zmuszeni są wydawać prawa dla ich poskromienia. Kiedy się czyta te prawa 3, ma się w pierwszej chwili złudzenie, że się dola nieszczęsnych niewolników poprawia; ale kiedy się czyta dalej, a widzi, że cezarowie, jeden po drugim, ponawiają te same mniej więcej dekrety, czasem i kilkakrotnie w ciągu jednego panowania, aż do czasu Konstantyna — wtedy ma się przeciwnie dowód, że zło nie tylko się nie naprawiało (jakby niektórzy historycy chcieli), ale tak głęboko zakorzenionym było, iż bezskutecznie prawa przeciw niemu walczyły.

Takiemu traktowaniu ze strony człowieka wolnego, jaki stan duszy odpowiadał ze strony niewolnika? Nie trudno to odgadnąć. Zrozpaczony niewolnik spróbował był kilka razy chwycić za miecz: w Sycylii pod Eunusem, w Italii pod Spartakusem. Przekonawszy się o bezskuteczności buntu, ugiął się beznadziejnie, do szczętu się spodlił. W zamian za radości rodzinne, do których nie miał przystępu, oddawał się z towarzyszami niedoli orgiom obrzydliwym, na które przezorny właściciel chętnie pozwalał 1. Zamiast religii, od której go również prawo oddalało, oddawał się pokątnym zabobonom. Wobec pana nic mu nie zostawało, jak tylko nienawiść — nienawiść tym zawziętsza, że bezsilna: wiedział, że gdyby się na pana targnął, to nie tylko on, ale i drudzy niewolnicy tegoż domu byliby natychmiast straceni. Za krzywdy, za pogardę bez granic, mścił się nieszczęsny nienawiścią bez granic. Podwójna przepaść, której, powtarzam, wyobraźnia nasza, na dzisiejszych stosunkach wyrobiona, objąć nie może.


Otóż tę przepaść pierwiastek chrześcijański podejmuje się zapełnić — i to mu się udaje. Te warstwy społeczeństwa, odległe jak dwa światy w przestrzeni, łączy on ze sobą. Nie tylko panom każe być sprawiedliwymi, łagodnymi względem niewolników, zaniechać gróźb, a niewolników uczy sumiennie, z szlachetnych i wysokich pobudek, pełnić swą służbę 2 — to są ogólne obowiązki, które chrześcijanie względem wszystkich swych panów albo sług, nawet pogan, pełnić powinni 1 — ale, co nierównie jeszcze dziwniejsza, we własnym swym łonie, między wiernymi, pierwiastek chrześcijański urzeczywistnia ten cud, że pan i niewolnik stanowią jedno — różnica między tymi extremami się znosi. „Między wami”, mówi im tekst święty, „którzykolwiek jesteście ochrzczeni w Chrystusie — nie jest Żyd ani Greczyn, nie jest niewolnik ani wolny, nie jest mężczyzna ani niewiasta, albowiem wszyscy wy jedno jesteście w Chrystusie” 2. Całą głębię w tych słowach zawartą dopiero później zrozumiemy; tymczasem to tylko zaznaczamy, co tekst najjaśniej wypowiada: że ci, którzy są złączeni z Chrystusem, są też między sobą jedno, i dlatego różnice między nimi giną.

Jak to, różnice giną? Niewolnicy przecież zostają niewolnikami; nawet od panów-chrześcijan Kościół nie wymaga ich uwolnienia. Bogaci, nawet bohaterowie Chrystusowi, zostają bogatymi. Tak jest: chrystianizm nie burzy (jak się często mówi) społecznej i ekonomicznej budowy starego świata; daje tylko impuls do jej odmiany na lepsze. Ale (na co się nie dość zwraca uwagi) zanim się ta ewolucja dziejowa dokona, chrystianizm od razu daje swoim drugą wewnętrzną sferę życia, w której się ten ideał jedności w Chrystusie doskonale urzeczywistnia. Chrześcijanie, w epoce heroicznej, robią mi wrażenie aktorów, którzy na widowni rzymskiego świata, jakby na deskach, grają sumiennie nałożone sobie role panów, sług, urzędników, wodzów; ale świadomi są sztuczności i kłam u tych kostiumów, tej scenerii, figura hujus mundi — a mają oprócz tego swoje prawdziwe, rodzinne życie, przy domowym ognisku, gdzie są prawdziwie sobą. Otóż tam różnic nie ma, tam zasada: Jesteście jedno w Chrystusie, pełni się literalnie. Widać to we wszystkich funkcjach życia chrześcijańskiej gminy.

Najpierw jednoczą się wszyscy w modlitwie — a modlitwa, trzeba wiedzieć, ogromną część ich życia stanowi. Schodzą się nocami, bądź w katakumbach, bądź w domach służbie Bożej poświęconych. Spędzają część nocy na psalmodii, słuchaniu Pisma i nauk biskupa. Nad ranem biorą udział w ofierze eucharystycznej i przyjmują Ciało Pańskie. Żadnych tam wyróżnień ni miejsc osobnych dla możniejszych nie ma 1, modlitwa wszystkie serca zlewa. „Śpiewanie psalmów, pisze bliski owych czasów Chryzostom, łączy głosy starców i młodzieży, bogatych i ubogich, kobiet i mężczyzn, niewolników i wolnych… Ofiarujemy wspólną ofiarę; jeden nie jest czymś więcej od drugiego, jesteśmy wszyscy równi w godności, i jeden głos wznosi się z rozmaitych ust do Chrystusa” 2.

Tuż obok wspólnej modlitwy, występuje w pierwotnym Kościele prześliczna praktyka wspólnej uczty, zwanej agapą, tj. miłością. Pierwszą agapą była ostatnia Wieczerza, którą Chrystus z uczniami odprawił w wigilię swej śmierci. Zwyczaj ten zaraz przyjął się w Kościele. Pisze już o nim wyraźnie św. Paweł w pierwszym liście do Koryntian1. O niej też zapewne wspominają św. Piotr i św. Tadeusz w swoich Listach, gdzie już i sama nazwa άγάπαι się znajduje 2. Uczta ta zdaje się być w czasach apostolskich bezpośrednio złączona z ofiarowaniem i pożywaniem Eucharystii, podobnie jak przy ostatniej Wieczerzy. Jeszcze z początku II wieku związek jest tak ścisły, że św. Ignacy sam obrzęd eucharystyczny agapą nazywa 3. Ale już opis Mszy św. w Apologii Justyna, w połowie tegoż wieku, świadczy o dokonanym oddzieleniu mszy od agapy. Ta ostatnia nie przestaje jednak być rzeczą świętą, w organicznym związku z życiem chrześcijańskiej gminy. Czasem, pod naciskiem prześladowcy, musi się odbywać o innej porze niż obchód Eucharystii; innymi razy, z powodu ciasnoty kaplic, musi innego miejsca szukać. Pliniusz, legat Bitynii, donosi cesarzowi, że chrześcijanie odbywają nabożeństwo tylko rano, uczty zaś wskutek jego zakazu zaniechali 4. W Rzymie zaś, gdzie często obchodzono natales, czyli rocznice śmierci męczenników, mszę odprawiając w kryptach zawierających ich ciała, nie miano tamże miejsca do odbywania agap i dlatego może stawiano w pobliżu osobne triclinia, jakich okaz widzieć jeszcze można przy wejściu do krypty św. Domitylli 1. Oprócz jednak tych szczególnych okoliczności, właściwa pora agapy była tuż po liturgii, a właściwe ich miejsce był sam kościół. „Wierni — mówi Chryzostom — po wspólnym wysłuchaniu kazania, po modlitwie i uczestniczeniu w Tajemnicach, nie rozchodzili się zaraz; ale bogatsi, przyniósłszy z domu potrawy, ugaszczali uboższych; i wszyscy razem, w samym kościele, używali jednego stołu i jednej uczty. W ten sposób, przez wspólność stołu i poszanowanie świętego miejsca, węzły miłości się zacieśniały, z wielką radością i pożytkiem wielkim” 2.

Była to istotnie piękna rzecz ta agapa, ale też była czymś niezmiernie trudnym w tym czasie — i przez to była ogromną siłą jednoczącą. Pomijam, że ludzie przyzwyczajeni w pogaństwie do uczt graniczących z orgiami, łatwo zapomnieć mogli o granicach mierności i przyzwoitości. Nieporządki takie prędko uchylone być musiały, gdyż po Liście św. Pawła do Koryntian, który ich dotyka, żadnej o nich wzmianki nie znajdujemy. Owszem Tertulian w swej Apologii śmiało podnosi umiarkowanie, skromność i powagę agap chrześcijańskich, jako rzecz notoryczną 3. Ale były inne większe trudności do pokonania. Przenieśmy się myślą w pierwszy wiek chrystianizmu i przypatrzmy się takiemu stołowi, przy którym jedzą: nawrócony do Chrystusa Żyd, obok nawróconego poganina; patrycjusz rzymski, taki Korneliusz Pudens albo Aciliusz Glabrio, obok nędznego niewolnika. W Żydzie, który całe życie strzegł się jedzenia z „gojem” i brzydził się „trefnymi” potrawami, moc jednocząca chrystianizmu ogromne odnosi zwycięstwo — a niemniejsze odnosi ona w patrycjuszu. Eucharystia, którą przed chwilą razem spożyli, daje im do tego zjednoczenia wewnętrzną moc łaski, ale uczta wspólna wprowadza to zjednoczenie w życie, w czyn. Uczta, przy której ludzie składają zwykle troski i wymuszone nastroje, są najwięcej sobą i poufalej ze współbiesiadnikami przestają, jest (gdzie się da w życie wprowadzić) szczególnie skutecznym środkiem do zbliżenia i zjednoczenia ludzi. — I to zarazem, sądzę, tłumaczy nam względnie krótkie trwanie zwyczaju tych uczt miłości. W początku chrystianizmu agapa była potrzebna, ale wkrótce, gdy żydowszczyzna zanikła w łonie Kościoła i klasy społeczne dostatecznie się zbliżyły, potrzebną być przestała. Jakoż już św. Chryzostom, jakeśmy widzieli, wspomina o nich, jak o pięknym zwyczaju dawno minionych czasów 1.

Nie dosyć, że niewolnicy modlą się i ucztują razem z wolnymi; oni też mają równy przystęp do godności kościelnych, stają się zwierzchnikami swoich panów, i to zwierzchnikami z niebywałą dotąd na świecie władzą, dosięgającą wiary i sumień. Wszystkie stopnie hierarchii kościelnej bez różnicy stoją otworem niewolnikom. Zbiegły niewolnik Karpofora zostaje sławnym papieżem, Kalikstem św. 1. Między udzielającymi chrztu kapłanami i diakonami wymienia św. Cyryl Aleksandryjski „niewolników i wolnych” 2. Pliniusz Młodszy pisze, że niewolnice wykonują u chrześcijan w Bitynii urzędy diakonisek 3. Niewolnice też obok wolnych ślubują w kościele panieństwo i otrzymują poświęcony welon, według pięknego obrzędu, wymalowanego w katakumbie Pryscylli. Jedne i drugie zowią się jednakowo ancillae dei 4. „Jeżeli twoje niewolnice chcą razem z tobą ślubować panieństwo, pisze jeden z Ojców do Rzymianki z wysokiego rodu, to nie postępuj względem nich po pańsku. Macie jednego Oblubieńca, śpiewacie razem psalmy, przyjmujecie razem Ciało Chrystusa: czemuż by były między wami różnice?” 5.

Różnice tak prędko i tak zupełnie się zacierały, że aż zawracało się nieraz biednym niewolnikom w głowie. Już św. Paweł upomina ich, żeby nie lekceważyli swych panów, dlatego że są przez nich traktowani jak bracia i kochani 1. O to samo ich upominają św. Ignacy 2 i inni Ojcowie. Konstytucje Apostolskie, później Św. Leon, św. Gelazy warują prawami, aby niewolnicy nie sięgali po godności kościelne w zamiarze wydostania się z niewoli 3. Jeżeli do tego doszło, że niewolnicy potrzebowali takich przestróg o skromności, to widać, że się nie czuli upośledzeni w Kościele.

Równi w życiu, byli oni tym bardziej równymi wobec śmierci. Śmierć ówczesnemu małemu światu chrześcijan, otoczonemu oceanem pogaństwa, przedstawiała się w postaci męczeństwa. Męczeństwo nie było jakimś wypadkiem wyjątkowym, z którym by można się nie liczyć. Było ono na porządku dziennym. Raz po raz ogłaszano nowe edykty cesarskie; co chwila dochodziły wieści, że w Rzymie jakiś chciwy pretor, na prowincji jakiś legat, pragnący popisać się gorliwością, skuł w kajdany grono Chrystusowych uczniów; biskupi pisali do nich listy pokrzepiające 4; wierni zakradali się do ich więzień, niosąc im ulgi i pociechy. Każdy uwieńczony śmiercią męczennik był chlubą i przedmiotem kultu miejscowego Kościoła; był też szczególnym zaszczytem swej rodziny. Nieraz zamożna rodzina, budując sobie w katakumbach familijny cmentarz, przyrządzała naprzód arcosolium dla przyszłego męczennika rodu l. Całe życie owego małego świata zaprzątnięte było myślą o męczeństwie. Otóż, gdy się czyta akta autentyczne tych męczenników, uderza prześliczna rola, jaką między nimi grają niewolnicy. Widać wobec tej straszliwej śmierci, jak sami są doskonale zrehabilitowani, i jak za takich wobec drugich uchodzą. Albo żadnej nie znać różnicy w opowiadaniu ich męczeństwa — albo znać jakiś czulszy podziw, bo niewolnik biedny mógłby być słabszym, podobnie jak kobieta! Tak, znany list Kościołów Lionu i Wienny z r. 177, opisując zwycięską walkę kilku ze swoich, szczególnie się rozczula nad Blandyną niewolnicą. Podobnie akta autobiograficzne św. Perpetuy ze szczególnym zamiłowaniem opowiadają poród w więzieniu i śmierć na arenie niewolnicy Felicyty; o innych zaś męczennikach tak mówią, że dotąd uczeni się spierają, którzy z nich byli wolnymi, a którzy niewolnikami. Przypomina się tu i ta kochana św. Potamiena, młodziuchna, wielkiej urody niewolnica, której właściciel chce prawem swoim nadużyć. Ona śmie się wzbraniać — bo jest chrześcijanką. Pan oddaje ją w ręce prefekta Aleksandrii, żeby ją zmusił do uległości. Prefekt grozi wrzuceniem do kotła z kipiącą smołą, jeśli pana nie usłucha. Potamiena z płaczem prosi — o co? nie żeby ją uwolniono od tego kotła, ale żeby wrzucono ją do niego z ubraniem!… i otrzymuje 2. Gdzież się podział ów pewnik, głoszony zarówno przez filozofów jak przez prawników, że niewolnicy nie mają duszy, że są tylko corpora?

A jak się nareszcie przedstawia stosunek niewolników do wolnych po śmierci, na cmentarzach? Te kamienie grobowe, na których starzy chrześcijanie tak wymownie kreślili swą wiarę i uczucia, muszą zapewne i o tym uszlachetnieniu niewolników wymownymi słowy świadczyć… Tak i ja myślałem — i szukałem nagrobków niewolników. Przypuszczałem, że w sąsiedztwie grobów patrycjuszów chrześcijańskich znajdą się napisy grobowe ich służby — i chciałem to przeciwstawić obyczajowi możnych pogan, którzy budowali dla swych niewolników columbaria i pokrywali ich groby napisami o ich funkcjach służebnych — sami zaś dla siebie wznosili mausolea wspaniałe. — Otóż darmo szukałem i dopytywałem się: grobowych napisów chrześcijańskich niewolników znaleźć nie mogłem. Później dopiero dowiedziałem się, że już inni bardziej uczone ode mnie szukali przede mną, równie bezskutecznie — aż znaleźli klucz tego milczenia katakumb o niewolnictwie. „Od 30 lat badam katakumby, zeznaje Marangoni, a tylko jeden grób znalazłem z napisem libertus (wyzwoleniec)” 1. Podobnie świadczy Rossi 2; podobnie Allard 3. Le Blant pisze, że ze wszystkich przechowanych napisów grobowych tylko dwa noszą wzmiankę servus albo libertus 4.— Przyczyny nie potrzeba daleko szukać. Niewolnik chrześcijanin, jakeśmy widzieli, w życiu wewnętrznym Kościoła nie był niewolnikiem — był nim tylko na teatrze świata — tym mniej mógł za takiego uchodzić po śmierci, gdy już dusza jego zapewnie królowała z Chrystusem. Dlatego, chociaż pełno jest w katakumbach niewolników, tak jak pełno ich było w Kościele żyjącym, chociaż, jak dodaje Rossi, żadnego w tym względzie przepisu Kościoła nie było, jednak delikatne uczucie chrześcijan nie pozwalało czynić wzmianki na ich epitafach o ich kondycji.

W grobach starych chrześcijan znajdujemy to samo, cośmy widzieli we wszystkich sferach ich życia i w ich śmierci. Wypełnił się, jak mówiłem, ideał Pawłowy literalnie: Nie ma w łonie Kościoła niewolnika ani wolnego, nie ma Żyda ani Greczyna, wszyscy są jedno w Chrystusie Jezusie.

UWAGA, tekst został nieznacznie uwspółcześniony. Liczne przepisy zostały opuszczone (z powodu licznych tekstów w języku łacińskim), pozostawiając zaznaczone miejsca, aby umożliwić odnalezienie odpowiednich przypisów w książce. Link do książki poniżej.

Źródło: Ks. Marian Morawski T. J., Świętych obcowanie, cz. 1, Kraków 1923, str. 30.

Świętych obcowanie

Polecamy Państwa uwadze Pismo Mistrz dla młodzieży, poświęcone literaturze i historii.

Teksty i wiersze zawarte w Piśmie pochodzą z książek z przełomu XIX i XX wieku. Mądre treści zostały wzbogacone pięknymi obrazami dawnych malarzy.

Mistrz zestaw