Edukacja katolickaMetodologia

Jak się uczyć?

Ustalenia wstępne

Czy ma sens pytanie: „Jak się uczy?” I czy możliwa jest na nie odpowiedź?

Komu z uczących się obce są chwile niezrozumiałego „otępienia”, kiedy po prostu nic nie chce „wejść do głowy”? Kogo nie zniechęciła ni razu do pracy nagła zawodność pamięci tam, gdzie, zdawało się, wszystko było łatwe, „ułożone w głowie”, „wkute”? Kto nigdy nie miał okresów przemęczenia? Kogo z uczących się, zwłaszcza uczniów, nie zastanawiało nieraz, dlaczego na nic nie wystarcza mu czasu, bo cały dzień pochłania odrabianie lekcji?

Pytań tego rodzaju można by postawić jeszcze wiele. Każdy je sam sobie z łatwością dopowie.

Zapytajmy więc od razu: czy nie można tych trudności uniknąć?

Otóż niewątpliwie jednym z głównych źródeł wielu trudności i oporów, niepowodzeń i zniechęcenia w nauce jest nieumiejętność uczenia się. Powszechne przekonanie, że uczyć się umie każdy niejako „sam z siebie”, że wystarcza wiedzieć, czego się uczyć, a reszta „sama się ułoży“, jest wielką pomyłką. Nawet jeść każdy uczy się za młodu, bo choć funkcja jedzenia jest procesem instynktowym, jednakże umiejętność jedzenia (w naszych warunkach cywilizacyjnych), tj. umiejętność posługiwania się łyżką i widelcem itd., wymaga niemałej wprawy. Cóż więc dopiero uczenie się! Instynktom nie do tego! Uczenie się to praca — praca umysłowa, więc jak każda praca, żeby była skuteczna, musi być metodyczna. A metody trzeba się nauczyć.

Oto więc pierwsze ustalenie:

Kwestia: jak się uczyć powinna nieodłącznie towarzyszyć pytaniu: czego się uczyć, jako jego najzupełniej nieodzowny korelatyw (odpowiednik).

Dziś sprawa ta nie może ulegać najmniejszej wątpliwości. Ale cóż to znaczy: umieć się uczyć?

Umieć się uczyć to znaczy nabyć wprawy w metodycznym planowaniu i organizowaniu swej pracy, to znaczy — dalej — wytworzyć w sobie pewne pożyteczne nawyki — zgodnie z ustaleniami psychologii oraz wymaganiami higieny, one to bowiem określają nam warunki ekonomicznego uczenia się. Psychologia (zwana „pedagogiczną”) poucza nas tu o psychicznych przebiegach pracy umysłowej i ich warunkach, higiena — choć pierwotny kierunek jej badań jest odwrotny — o wpływie aktualnego stanu naszego organizmu i czynników zewnętrznych na jakość naszej pracy, na jej wydajność. W ten sposób na gruncie ekonomii uczenia się obie nauki spotykają się i uzupełniają wzajem.

Czyżby więc poto — nasuwa się z kolei pytanie — by umieć uczyć się ekonomicznie, trzeba było wprzód (metodą wcale nie — ekonomiczną) nauczyć się z psychologii o owych przebiegach, z higieny zaś o procesach fizjologicznych zachodzących w naszym organizmie podczas pracy umysłowej?

Bynajmniej. Wystarczy poznać wskazania praktyczne płynące z doświadczeń i badań specjalnych; te wskazania — to po prostu warunki ekonomicznego uczenia się. Nie trzeba więc studiować dzieł Meumanna, Ebbinghausa, Offnera, Swifta, Sleighta i in., ale trzeba koniecznie wiedzieć, że ekonomia i technika uczenia się jest od lat przedmiotem pracy badawczej i że pomijanie wyników tych badań jest dziś po prostu lekkomyślnością. Właściwa organizacja pracy umysłowej, takiej jaką jest czynność uczenia się, nie ma nic wspólnego z „bezdusznym schematyzmem” czy „mechanizacją” — już choćby dlatego, że nie wszyscy uczą się i mogą się uczyć w sposób zupełnie jednakowy. Pewne zasady ogólne są jednak możliwe, gdyż główne przebiegi uczenia się zależą od naszego normalnego ustroju organicznego i psychicznego, znajomość zaś tych zasad ogólnych, czy raczej wspólnych, umożliwia każdemu świadome dostosowanie metod pracy do swych indywidualnych właściwości i do osobistych warunków.

To jest ustalenie drugie

Tym zasadom ekonomii i techniki uczenia się poświęcone będą rozdziały następne.

Tempo i rytm pracy

Praca umysłowa (uczenie się) ma swoje tempo i swój „rytm“.

Cóż to jest tempo pracy?

W ciągu określonego czasu możemy opanować pewien określony ilościowo materiał. Znaczne odchylenia od pewnej normy nie są możliwe bez szkody dla wyników pracy albo dla zdrowia, jeśli nie dla zdrowia i wyników zarazem. Nie wszyscy jednak potrzebujemy tego samego czasu do nauczenia się togo samego materiału: jeden uczy się szybciej, inny wolniej (mówimy wtedy, że jeden jest „zdolniejszy” od drugiego, ale po części tylko jest to trafne). Istnieją zatem różnice indywidualne, osobnicze. Każdy jednak pracuje w pewnym określonym (dla niego) tempie, które można nazwać normalnym albo średnim.

Możemy przyjąć za pewne, że każdy zna normalne tempo swojej pracy. Nie chodzi bowiem o formułę teoretyczną, lecz o praktyczną orientacje. A więc jeśli kto nawet nie potrafi (najpewniej nie potrafi) określić, ile czasu (minut, godzin) potrzebuje na opanowanie materiału o danej objętości (ilość stronic) albo na nauczenie się na pamięć określonej ilości wierszy (linijek druku), przecież na pewno zdaje sobie sprawę z rozpiętości potrzebnego na daną robotę czasu, na pewno wie, ile godzin zajmie mu w ogóle odrabianie lekcyj na dzień następny, czy będzie tego dnia dłużej pracował niż zwykle, czy krócej (oczywiście w warunkach normalnych). Dane liczbowe (a nauka pokusiła się już o ich ustalenie z daleko idącą dokładnością) mają tu znaczenie czysto teoretyczne; w praktyce nie są nam zgoła potrzebne. Owa ogólna własna orientacja wystarcza w zupełności; ona budzi w nas poczucie czy świadomość normy.

I tu ważne wskazanie: Należy starać się zawsze o takie rozplanowanie swojej pracy, żeby jej tempo było równomierne. Trzeba przewidzieć tyle czasu na nauczenie się danego tekstu na pamięć lub na ogarnięcie danego materiału, żeby samemu normalnego tempa swej pracy nie zakłócać. Wszelki pośpiech wydatnie obniża wartość pracy, powoduje bowiem roztargnienie, zmusza do ciągłych nawrotów do partii przeczytanych, utrudnia zrozumienie materiału, rozprasza uwagę.

Trzeba z góry stwierdzić z naciskiem: wszelka praca umysłowa (nauka) tylko wtedy jest prawdziwie wydajna i na dalszą metą skuteczna, jeśli jej towarzyszy równowaga duchowa uczącego się: spokój wewnętrzny i psychiczne nastawienie na aktualny przedmiot nauki.

Pozostaje kwestia druga: „rytmu“ pracy.

Otóż w procesie uczenia się zachodzą od czasu do czasu odchylenia od normalnego toku pracy, charakteryzujące się tym, że raz „pracuje się nam dobrze”, „robota idzie łatwo i żwawo” innym razem „praca idzie źle”, przychodzi na nas jakby „otępienie”. (Nie trzeba zapominać, iż mówimy na razie wciąż o pracy wykonywanej w warunkach normalnych, t.zn. w dobrym stanie zdrowia i bez zakłóceń powodowanych przez nieprzewidziane wpływy uboczne, zewnętrzne). Obserwuje się tedy podczas pracy pewne jakby przypływy i odpływy energii psychicznej: praca nasza podlega prawom jakiegoś „rytmu”. Nie działają tu żadne „siły mistyczne”. Po prostu organizm ludzki nie jest maszyną, lecz ustrojem żywym, podległym różnym procesom fizjologicznym i rozwojowym oraz wpływom zewnętrznym, takim jak klimat, temperatura itp.

Eksperyment i obserwacja wykazały pewną okresowość owych „przypływów” i „odpływów” energii psychicznej i umożliwiły odpowiedź na pytanie, od jakich obiektywnych warunków one zależą, kiedy występują. Jest to kwestia zasadniczej wagi, pozwala nam bowiem zdać sobie sprawę z naturalności zjawiska „falowania” naszej energii i należycie wyzyskać momenty „przypływów”.

Otóż, zależą one przede wszystkim — całkiem po prostu — od pory dnia, a nawet od pory roku; poza tym, w większym nasileniu, mogą jeszcze występować sporadycznie, zależnie od cech osobniczych uczącego się albo od stanu zdrowia.

Do jakże ważnych dochodzimy tedy ustaleń! Możliwa staje się odpowiedź na pytanie: kiedy najlepiej się uczyć? jakich okresów nie należy przeoczać dla pracy najintensywniejszej? kiedy praca jest najwydajniejsza, a zarazem najmniej wyczerpująca? Przecież właśnie o tą równowagę wysiłku i zdrowia oraz o współmierność rezultatów pracy a nakładem energii chodzi nade wszystko!

Kiedy się uczyć?

Metodyczna obserwacja wykazała, że wydajność pracy zmienia sią w obrąbie tygodnia w następujący sposób:

Słabsza stosunkowo jest zazwyczaj w poniedziałek — po niedzielnym odpoczynku, wymaga bowiem ponownego wdrożenia się do poniechanej roboty. Jakkolwiek więc siły są świeże, brak wprawy powoduje obniżenie się wydajności. Łatwo jednak pokonać te opory, jeśli rozsądnie stopniować wysiłek, nie zaczynać od rzeczy najtrudniejszej. Należy unikać bezwolnego poddawania się „rozleniwieniu”, a żeby od razu pozytywnie usposobić się do oczekującej pracy, dobrze jest wziąć na początek materiał (przedmiot) najbardziej interesujący. W każdym razie warto unikać planowania lub pozostawiania na ten dzień roboty niekoniecznej albo zaległej, która mogła lub będzie mogła być wykonana innego dnia. U wielu jednak poniedziałek należy do dni „dobrych.“

Wydajność podnosi się wyraźnie w dniach następnych: we wtorek i środę są to niewątpliwie najlepsze dni robocze w tygodniu! — utrzymuje się jeszcze na ogół na tym poziomie w czwartek, choć często słabnie, po czym znowu opada pod koniec tygodnia, w piątek i sobotę, na skutek wzrastającego zmęczenia. Stąd znowu praktyczne wskazanie: dla najtrudniejszych prac, wymagających odpowiednio większego wysiłku, rezerwować wtorki i środy, a nawet wykonywać w tych dniach część pracy przewidzianej (zadanej) na dni następne, żeby nie przeciążać końca tygodnia. Niemożność podołania zbytniemu obciążeniu może wywołać zniechęcenie.

Nieodzownie więc trzeba pracę swoją planować w zasięgu całego tygodnia.

Jest to zupełnie wykonalne i dla uczniów szkół, nawet w tym wypadku, kiedy szkole nie udało się odpowiednio dostosować swego planu (jest to niekiedy trudne), albo kiedy wyjątkowo na końcowe dni tygodnia wypadło dużo materiału z poszczególnych przedmiotów: uczeń wtedy, przewidując obniżenie się wydajności pracy, odrobi część znanych mu już „lekeyj” we wtorek i środę, w szczególności zaś nie przerzuci na koniec tygodnia odrobienia zaległości (lepiej ich nie mieć wcale!) lub np. referatu zadanego z terminem tygodniowym.

Czasem, zwłaszcza przy współmiernym do „krzywej wydajności” rozłożeniu materiału, można owych wahań w praktyce nie odczuwać, lub tylko w niewielkim stopniu; w każdym razie nie trzeba przesadnie poddawać się sugestii „przemęczenia”, kiedy nie dostrzega się jego objawów (o nich będzie mowa niżej). Znaczną tu odgrywają rolę różnice indywidualne (ustrojowe) uczących się oraz przyzwyczajenie, zwłaszcza u samouków pracujących zawodowo, którzy nie każdy dzień mogą wyzyskać na naukę. I ci jednakże powinni brać pod uwagę ogólne wytyczne powyższego rozkładu zajęć w zasięgu tygodniowym, odpowiednio go przystosowując do swego „tygodnia” roboczego.

A teraz zajmijmy się kwestią znacznie większej wagi: Jak planować pracę w ciągu dnia? O jakiej porze praca jest najwydajniejsza?

Najlepszą porą do pracy przed południem jest czas od godz. 10 do 12. Te więc godziny będzie przeznaczał dla swej pracy samouk, oczywiście jeśli nie jest w tym czasie zatrudniony; co do ucznia, to ten spędza te godziny w szkole; wyzyskać je na naukę w domu może jednak w dniach wolnych od nauki szkolnej. Powtarzamy: jest to najlepsza zasadniczo pora do pracy przed południem; z tego oczywiście nie wynika, żeby nie można było określonego tu czasu przedłużać — w obu kierunkach (przy planowaniu).

Należy, dalej, stanowczo przestrzec przed podejmowaniem pracy bezpośrednio po obiedzie (tj. po najobfitszym, jak na nasze zwyczaje, posiłku dziennym). Praca umysłowa w okresie trawienia jest ze stanowiska higieny wysoce szkodliwa, a z punktu widzenia ekonomii pracy skazana na niepowodzenie, szybko bowiem nuży i powoduje senność. Zważywszy, że proces trawienia trwa 1 1/2 do 2 godzin, tyle w zasadzie czasu należy poświęcić na odpoczynek, który zresztą nie musi być wcale cały spędzony bezczynnie. Nie należy tylko czasu tego przeznaczać na naukę, na pracę wymagającą umysłowego wysiłku. Można jednak już po upływie godziny zacząć wdrażać się do roboty; przygotowanie to będzie polegało przede wszystkim na zorientowaniu się w materiale naukowym, przygotowaniu pomocy naukowych (papieru, zeszytów, książek, atlasów itp., zależnie od przedmiotu), nawet na wykonaniu zadań łatwiejszych (przepisywanie, powtórzenie). Będzie to dobre przejście do właściwej nauki.

Najlepszą z kolei dla niej porą jest czas między godz. 5—8 (17—20). Jest to okres najkorzystniejszy dla pracy umysłowej dzięki przypływowi nowych sił w rezultacie rzeczywistego już zasilenia organizmu pokarmem; w dwie godziny po obiedzie proces trawienia jest już całkowicie ukończony.

W granicach tych godzin (5—8 z niewielkimi odchyleniami w obu kierunkach) uczeń powinien wykonać swą pracę domową. Czas ten w zasadzie powinien wystarczyć na całkowite wyczerpanie maksymalnego materiału lekcyjnego na jeden dzień szkolny. Powtarzamy: przekroczenie tego okresu w obu kierunkach powinno zachodzić tylko wyjątkowo i być nieznaczne. Nauka po godz. 8 wiecz., zwłaszcza po przepracowanych godzinach poprzednich, jest ze stanowiska higieny bezwzględnie szkodliwa, a z punktu widzenia wyników—prawie bezcelowa.

Planu tego winni przestrzegać bardzo ściśle wszyscy uczący się w wieku szkolnym, przede wszystkim uczniowie, którzy przedpołudnie spędzają w szkole.

Uczniowie szkół wieczorowych wezmą pod uwagę pierwszą część tego planu. Najlepszą dla nich porą nauki będzie więc okres od g. 10 do 1 pp. (13). Po powrocie ze szkoły pracować nie powinni, w tych bowiem warunkach nauka ich byłaby skazana na niepowodzenie całkowite i musiałaby się odbić ujemnie na zdrowiu. Tym bardziej dotyczy to słuchaczy wieczornych kursów dokształcających, na których nauka odbywa się zazwyczaj w godzinach późniejszych; ci jednak mogą na naukę przeznaczyć godziny wcześniejsze — poobiednie, ale przedlekcyjne, oczywiście nie przekraczając zasadniczych norm higieny, wskazanych wyżej (nauka po obiedzie i późnym wieczorem). Przestrzegać ich powinni także wszyscy samoucy, u których zresztą na godziny nauki wpływają często różne względy uboczne, jak np. zajęcie zawodowe kończące się o godz. 5 (17). Dla nich — poza owymi wskazaniami higieny niejako naczelnymi — więcej niż plan powyższy przydatne będą uwagi dalsze: o toku pracy, odpoczynku i rozrywkach. Według tych więc i dalszych wskazań, stosownie do indywidualnych warunków, będą oni normować swą pracę.

Dużo, jak zawsze, znaczy w rozkładzie godzin pracy przyzwyczajenie. U wielu godziny wieczorne nie wpływają w sposób wybitny na jakość pracy; twierdzą nawet, że czują się zupełnie „świeżo”. Jednakże łatwo się tu mylić i uważać za nieszkodliwe to, co przynosi szkodę, ale nieznacznie i powoli.

Źródło oraz więcej na ten temat przeczytasz tu: „Jak się uczyć?” Poradnik praktyczny dla uczniów i samouków, 1937 r., str. 3, dr M. Lenart


Polecamy Państwa uwadze Czytankę Pierwszą po Elementarzu

Starannie dobrane teksty pochodzą z książek z przełomu XIX i XX wieku. Czytanka została wzbogacona licznymi ilustracjami i obrazami dawnych malarzy. Jest wspaniałym narzędziem wychowawczym.

Czytanka Pierwsza