Mowa św. Bazylego Wielkiego do młodzieży o sposobie korzystania z literatury klasycznej
Rozdział I
Młodzieńcy!
Licznymi przyczynami spowodowany postanowiłem udzielić wam rad, jakie za najlepsze uznaję w tym przekonaniu, że przyniosą wam pożytek, jeżeli je przyjmiecie. Nie tylko bowiem podeszły wiek mój, nie tylko czynny udział jaki brałem już w sprawach rozmaitych, lecz przede wszystkim doznawanie zmienności na tę i ową stronę przechylającego się szczęścia dostarczyło mi tyle rozlicznych nauk ku rozszerzeniu doświadczenia mojego w przygodach ludzkich, że młodzieńcom zawód życia właśnie rozpoczynającym wskazać mogę najbezpieczniejszą drogę. Ze względu zaś na stosunki naturalne pierwsze tuż po rodzicach u was zajmuję miejsce, a jak z mojej strony nie z mniejszą niż ojcowie wasi gorliwością zajmuję się wami, tak iż mniemam, że i wy, jeżeli się w dostrzeganiu usposobienia serca waszego nie mylę, tęsknoty za rodzicami waszymi nie czujecie na mnie spoglądając. Jeżeli więc z ochotą słowa moje przyjmiecie, policzyć was będzie można do rzędu tych ludzi, których Hezjod na drugim miejscu wysławia, jeżeli byście zaś nie przyjęli (bodaj bym był fałszywym prorokiem), wy sami kiedyś wspomnicie na owe pamiętne słowa, w których mówi, że najszczęśliwszym jest, kto sam z własnego popędu poznaje co dobre, lecz że i ten szczęśliwym nazwanym być może, co się radą dobrą od innych przyjętą powoduje; kto zaś ani do jednego ani do drugiego nie zdolny, do żadnej wcale sprawy przydatnym być nie może. Nie dziwujcie się jednak, jeżeli wam każdego dnia do szkół uczęszczającym i zgłębiającym nauki od najsławniejszych mężów starożytności pozostawione, ja sam z własnej wiedzy coś korzystniejszego wyjawić przyrzekam. Wszak właśnie po to przychodzę, aby was uprzedzić, że nie należy od razu owym mężom umysłu waszego jakoby żagle okrętu wiatrom powierzać, i iść za nimi w którąkolwiek was powiodą stronę, ale że przyjmując od nich wszystko cokolwiek jest pożytecznego, wiedzieć wam potrzeba co by wypadało pominąć.
Co więc przyjąć a co pominąć należy, i jak jedno od drugiego rozróżnimy, tego was chcę nauczyć i od tego zaczynam.
Rozdział II
Żywot nasz ziemski, o młodzieńcy! my Chrześcijanie za rzecz wcale żadnej wartości nie mającą uważamy 1) i w ogóle nie uznajemy i nie nazywamy dobrym tego, co nam korzyść wyłącznie dla tutejszego żywota przynosi 2). Dla tego ani świetności przodków, ani siły ciała, ani piękności, ani wielkości, ani wzięcia u wszystkich ludzi, ani potęgi nawet królewskiej, ani żadnej jakiejkolwiek bądź ziemskiej godności za wielkość lub za rzecz godną zaszczytu nie uznajemy, lecz dalej nadziejami naszymi sięgamy i wszystko dla przygotowania się do przyszłego Żywota podejmujemy 3). Twierdzimy więc, że wszystko co nam dla przyszłego żywota korzyść przynosi wysoko cenić i o osiągnięcie tegoż wszelkimi siłami starać się należy; co zaś do niego się nie odnosi, jako rzecz błahą uważać winniśmy. Wykazanie zaś jaki jest żywot ten, gdzie i jak prowadzić go będziemy, dłuższego potrzebowałoby wywodu, niżby go zakres niniejszej rozprawy objąć zdołał, nadto i dojrzalszych niż wy wymagałoby słuchaczów. Lecz ja tyle tylko powiem, aby wam ile możności dokładnie rzecz tę objaśnić, że gdyby kto wszelkie szczęście ziemskie, jakiego świat od początku istnienia rodzaju ludzkiego doznawał, myślą ogarnął i wszystkie jego części w jedność zgromadził, poznałby, że to szczęście ani w najmniejszej cząstce nie wyrówna owym dobrom wiekuistym; ale że wszystkie dobra ziemskie razem zebrane więcej się różnią co do ceny od najmniejszego dobra przyszłego żywota, niż się różni sen lub cień od rzeczywistości. Raczej powiem, abym zwyklejszego użył porównania, że o ile dusza pod każdym względem większą ma wartość niż ciało, o tyle między życiem jednym a drugim zachodzi różnica. Do tego to przyszłego życia prowadzą nas księgi święte, nauczające nas tajemnic wiary. Jak długo jednak dla młodego wieku głębokiej mądrości w nich zawartej pojąć nie zdołamy, na innych księgach nie zupełnie od nich się różniących jakby na ich cieniach lub postaciach w zwierciadle odbitych oczy duszy naszej ćwiczymy 1), naśladując tych, którzy się ćwiczą w sztuce zapaśniczej; ci bowiem w ruchach rąk i obrotach ciała wprawy nabrawszy, w zapasach publicznych korzyść ze swej nauki odnoszą. I nam też zważać na to należy, że iść nam wypadnie w zawody ze wszystkich zawodów najmozolniejsze, dla których wszystko czynić i co sił starczy trudzić się nam potrzeba, aby im podołać 2): potrzeba więc obeznać się z poetami, dziejopisami, mówcami i wszystkimi pisarzami, z których poznania dla wykształcenia ducha naszego korzyść jakową odnieść możną. Podobnie wiec jak biegli farbiarze wszelkiej tkaninie przysposobiwszy ją naprzód ciemnymi barwami, jaśniejsze potem trwałe nadają kolory, czy ona ma być szkarłatem, czy też innego koloru 3); tak też i my, chcąc pozyskać trwałą i nieskazitelną sławę cnoty, wprawiwszy się najpierw na tych świeckich naukach 4), zabierać się dopiero będziemy do pojmowania nauki św. tajemnic wiary, podobnie jakbyśmy przyzwyczaiwszy się najpierw patrzeć na słońce odbite w wodzie, później na samo jego światło oczy nasze zwracali.
Rozdział III
Jeżeli tedy jest jakie powinowactwo między nauką klasyczną pogańską a chrześcijańską, poznanie jednej będzie przysposobieniem do poznania drugiej; jeżeli go zaś nie ma, więc przynajmniej zestawienie obydwóch obok siebie i zbadanie ich różnicy nie małą korzyść ku utwierdzeniu nauki szczytniejszej przyniesie. Do czegóż mam przyrównać naukę jedną i drugą, abym ile możności stosownego użył obrazu? Podobnie jak przyrodzonym drzewa przeznaczeniem jest rodzić owoc dojrzały, ależ i liście po gałęziach szumiące przyczyniają się do jego ozdoby; otóż i prawda chociaż jest głównie owocem dla duszy nabierze wszelako wdzięku, jeżeli ją mądrość czerpana z pism klasycznych przyodzieje, podobnie jak liście osłaniając owoc przyjemny sprawują widok. I o Mojżeszu 1) owym, który przez mądrość zjednał sobie imię u wszystkich ludzi, opowiadają, że naukami Egipskimi wprzód umysł swój wyćwiczył, nim do poznania prawdy przystąpił. Również mówią, że podobnie jemu i w późniejszych czasach mądry ów Daniel 2) w Babilonie wyćwiczył się wprzód w umiejętnościach Chaldejskich, a potem dopiero jął się poznawania prawd bożych.
Rozdział IV
Że nauki klasyczne nie są bezowocnymi dla ducha, dosyć już o tym powiedziałem, w jaki zaś sposób z nich korzystać nam należy, o tym z kolei mówić wypada.
Najpierw tedy co się tyczy poetów (bo od nich zaczynam, gdyż liczny ich poczet) nie na wszystkich równą uwagę zwracać się godzi, lecz tych, którzy nam czyny i mowy mężów prawych przedstawiają, cenić i z zapałem czytać a przede wszystkim wzory jakie nam podają naśladować należy 1); jeżeli zaś do przedstawienia mężów przewrotnych przechodzą, unikać ich winniśmy zatykając uszy, podobnie jak to czynił według podania Ulisses na śpiewy Syren 2). Bo przyzwyczajenie do słuchania złych mów jest jakoby drogą do złych czynów. Dla tego pilną strażą duszę nasza otoczyć trzeba, byśmy ujęci przyjemnością mowy nieznacznie nie przyjęli zepsucia jakby truciznę zaprawioną miodem. Z tej więc przyczyny nie udzielimy pochwały naszej poetom, gdy nam przedstawiają ludzi złorzeczących, szydzących, lubieżności i pijaństwu oddanych, ani takim, którzy na stołach biesiadnych i pieśniach rozpustnych jedyne swe szczęście zasadzają. Najmniej jednak uwagę naszą zajmować będą ci, którzy baśnie o bogach podają, zwłaszcza gdy prawią o wielkiej liczbie bogów i to jeszcze z sobą niezgodnych. Między nimi bowiem brat powaśniony z bratem a ojciec powaśniony z synami, a ciż synowie znowu najzaciętszą prowadzą walkę przeciw własnym rodzicom. Kazirodztwa tych bożków, ich swawole i bezwstydy jawne, w których celuje sam dowódca i przewodnik najpierwszy Jowisz, będące tego rodzaju, że zarumieniłby się każdy, gdyby takowe na bydlętach nawet opisywać miał, pozostawimy osobom występującym na scenę. Toż samo mogę powiedzieć i o dziejopisach, zwłaszcza, gdy tylko dla czczej zabawy czytelników zdarzenia opisują 1). Nie będziemy także naśladować ani sztuki krasomówczej, jeżeli takowa ma służyć za narzędzie kłamstwa. Nie posługujemy się bowiem kłamstwem ani przed trybunałami ani w innych sprawach codziennego życia obrawszy sobie prostą i prawdziwą drogę życia i kierując się prawem miłości, które wzniecania sporów zakazuje 2). Za to zaś chętniej te dzieła przyjmiemy, w których pisarze klasyczni cnotę wysławiają występek zaś potępiają. Jako bowiem z kwiatów wszelkie owady z wyjątkiem pszczół żadnej prawie innej nie mają korzyści prócz woni i barwy, pszczoły zaś nadto i miód z nich zbierać mogą; tak też i czytelnicy pism klasycznych, jeżeli nie gonią za samą tylko przyjemnością i powabem mowy, mogą z nich nadto i korzyść jakąś odnieść dla ducha swego. Zatrzymajmy tedy już przez dalszy przeciąg mowy to porównanie z pszczołami 3). Te bowiem nie do każdego kwiatu się zbliżają, ani całego kwiatu na którym osiądą ze sobą zabrać usiłują, lecz zabrawszy z niego tyle, ile im potrzeba do robienia miodu a pozostawiwszy resztę odlatują. I my także jeżeli roztropnie postępować chcemy, wybrawszy z ksiąg wspomnianych to, co nam pożyteczne i z prawdą zgodne jest, resztę pominiemy. Podobnie jak zrywając kwiaty z krzaka różowego kolec omijamy, tak też z pism owych wszystko, co korzyść przynosi zbierać, i szkodliwych nauk strzec się będziemy. Zaraz więc z początku na każdą w nich zawartą naukę pilną zwracać uwagę i według ostatecznego celu mierzyć ją należy stosownie do doryckiego przysłowia, które przy budowie według sznura kamienie układać zaleca 1).
Rozdział V
Ponieważ tedy, jak to wyżej powiedziałem, do walki życia w cnoty uzbroić się nam należy, wiele zaś pochwał dla zalecenia cnoty napisali poeci, wiele też i dziejopisarze, a daleko więcej jeszcze filozofowie, tych więc pisma najwięcej zajmować nas powinny. Bo nie mała to korzyść, jeżeli młodociane umysły zaznajomią i oswoją się z zasadami cnoty, albowiem nauki te zasiane na pulchnej roli młodocianego wieku, zapuszczając w głąb duszy swe korzenie, zwykły się stawać niewzruszoną podstawą życia. Czyż moglibyśmy przypuścić, że Hezjod w innym jakimś zamiarze napisał te powszechnie powtarzane wiersze, o których zaraz wspomnę, a nie w celu zachęcenia młodzieńców do cnoty? W nich on 2) drogę do cnoty prowadzącą opisuje jako stromą i z początku tak do przebycia trudną, że ją obfitym potem zlewać trzeba i po wielu dopiero mozołach przebyć można. Dla tego też nie każdy dla spadzistości na niej postępować i nie każdy na niej postępujący aż na sam jej szczyt dosiać się zdoła. Kto zaś stanął na jej wierzchołku ten dopiero dostrzec potrafi, jak ona wygodną jest i piękną, jak łatwą i miła do przebycia i o wicie przyjemniejszą niż druga prowadząca do występku, o którym tenże sam poeta powiedział, że się z wielką łatwością na bliskiej drodze do niego dostać można. Mnie przynajmniej zdaje się, że całym tym opowiadaniem zmierza jedynie do tego, aby nas zachęcić do cnoty i wezwać wszystkich do życia cnotliwego, oraz przestrzec, żebyśmy dla zniewieściałości nie lękali się trudów i nie ustawali w drodze nim dojdziemy do celu. A jeżeliby i inny jakiś poeta w podobny sposób głosił pochwały cnoty, słowa jego, jako do tego samego celu wiodące przyjmujmy.
Wszystkie pienia Homera, o ile powziąłem to od męża bardzo biegłego w odgadywaniu myśli tego poety 1), ułożone są dla pochwały cnoty 2) i wszystkie do tegoż celu zmierzają, wyjąwszy niektóre dla ozdoby dodane ustępy; osobliwie zaś opowiadanie przedstawiające dowódcę Cefalenów, który prawie nagi po rozbiciu okrętu na brzeg się dostaje i zaraz na wstępie księżniczkę, co go ujrzała, uszanowaniem ku swój osobie napełnia 4). Nie przyniosło mu to wcale hańby, że go nagim ujrzano, bo według przedstawienia Homera cnotą zamiast szat był ozdobiony, później zaś wszyscy Feakowie tak wysoko go cenili że zaniechawszy zbytku do którego przywykli 5), z uwielbieniem na niego spoglądali i żaden z Feaków, w onym czasie niczego bardziej sobie nie życzył niż stać się Ulissem, pomimo że był ze wszystkiego ogołoconym rozbitkiem. Wspomniany wyżej tłumacz twierdzi, że Homer przedstawiając ten obraz przemawia do wszystkich ludzi jakoby głośno wołał: o cnotę się ubiegajcie, ta bowiem nawet z rozbitkiem wypływa razem na brzeg, a gdy tenże na ląd się dostanie zdobi go chociażby był nagim i czyni go czcigodniejszym od Feaków w obfitości żyjących. I w samej rzeczy tak jest. Żadna bowiem inna majętność nie jest bezpieczną własnością swego posiadacza, lecz przypadku zrządzeniem to na tych to na innych ludzi przechodzi, podobnie jak szczęście przy grze w kostki na tę lub ową stronę się przeważa: sama tylko cnota ze wszystkich dostatków ma tę własność, że odebraną być nie może, lecz w życiu i po śmierci trwale przy nas pozostaje. Z tego to powodu jak myślę i Solon także do bogaczów te słowa mówi 1):
„Nie chcemy choć ubodzy zamieniać się z wami,
Bo jakież porównanie cnoty z dostatkami?
Cnota skarbem wieczystym nikt jej nie zdobędzie,
Dostatki wnet ten z ludzi wnet zaś ów posiądzie”
Podobnej treści są także owe wiersze Teognida 2), w których mówi, że Bóg jakiego on sobie mógł wyobrazić, przechyla szale szczęścia ludzkiego raz na tę, raz na ową stronę, a w skutek tego ci sami, co teraz są bogatymi, stają się wnet ubogimi.
I ów też znany filozof z wyspy Keos 1) w pismach swoich objawił zdanie swe o cnocie i występku podobne powyżej przytoczonym, dla tego i na niego uwagę naszą zwróćmy, nie jest on bowiem mężem małej wagi. Następująca jest treść tego opowiadania, o ile mi myśli jego w pamięci utkwiły, bo słów samych nie pamiętam dokładnie i tyle tylko wiem, że w mowie jasnej prozaicznej tak opowiada: Gdy Herkules był młodzieńcem, prawie w tym samym wieku, w jakim wy teraz jesteście, i gdy się namyślał na która ma się zwrócić drogę, czy na to co przez trudy prowadzi do cnoty, lub na drugą zbyt wygodną, przystąpiły do niego dwie kobiety, nimi zaś były Cnota i Występek, a chociaż jeszcze obydwie milczały, już z powierzchowności samej można było dostrzec między nimi różnicę. Jedna z nich wystąpiła w ubiorze wytwornym, by go zająć powabnością, otoczona zbytkiem i cały szereg uciech jako orszak swój przyboczny wiodąca, a wskazując na ten przepych i więcej jeszcze nad to obiecując, starała się pociągnąć Herkulesa ku sobie; druga zaś pokazała się w postaci skromnej i znużonej, a spojrzawszy nań poważnie przemówiła wcale przeciwnie, nie obiecywała mu bowiem żadnej swawolnej rozkoszy, lecz zapowiadała mu ustawiczne znoje, trudy i niebezpieczeństwa na stałym lądzie i na morzu. W nagrodę zaś za poniesienie takowych miał być według tegoż opowiadania w poczet bogów policzony, którą to obietnicą Herkules w końcu zachęcony poszedł za wezwaniem Cnoty.
Rozdział VI
Wszyscy też pisarze, których dzieła mądrością zasłynęły, jeden mniej drugi więcej a każdy według sił w pismach swoich pochwały cnocie oddawali, których słuchać należy i osobliwie o to się starać, aby w życiu nauki ich w czynie okazać. Ten bowiem przede wszystkim, który mądrość od innych słowami głoszoną czynem utwierdza, w istocie mądrym nazwany być może, ci zaś, którzy ją tylko w ustach noszą, są jakoby migotające się cienie 1). W tym co dopiero powiedziałem takie znajduję podobieństwo, jakie by spostrzec można, gdyby obok malarza prawdziwą piękność jakowej osoby na płótnie naśladującego, stanęła taż sama osoba rzeczywiście tak piękna, jaką malarz w obrazie przedstawić zamierzył. Albowiem pisarze, którzy z wszelką świetnością krasomówstwa głoszą przed światem pochwały cnoty i w długich rozprawach nad nią się rozwodzą, w życiu zaś swoim rozkoszy zamiast mierności i łakomstwu zamiast sprawiedliwości hołdują, podobnymi są według mego zdania do owych aktorów, którzy często w rolach królów lub możnowładców występują przed widzami, nie będąc w rzeczy samej ani królami ani możnowładcami, a często nie będąc nawet wolno urodzonymi 2). Wszakże grający na lutni nie zniósłby tego, aby taż lutnia miała dźwięk fałszywy; a naczelnik chóru 3) czyż ścierpiałby najlżejszy rozdźwięk w nim? Każdy zaś sam z sobą stanie w sprzeczności, kto nie będzie żył stosownie do nauk, które głosi; on powie z Eurypidesem 1): „usta moje wyrzekły wprawdzie przysięgę, lecz duch mój nie zobowiązał się nią” i starać się będzie raczej o to, aby się zdawał cnotliwym, niż iżby nim rzeczywiście został. I ten też to jest, jeżeli się nam za zdaniem Platona iść godzi, najwyższy stopień niesprawiedliwości, starać się o pozór prawego, nie będąc nim w istocie 2).
Rozdział VII
W ten więc sposób korzystać należy z pism, które zawierają w sobie zasady życia cnotliwego. Ponieważ zaś i oprócz zasad tych mamy czyny zacne mężów starożytnych, bądź one się przez ustne podanie aż do naszych czasów dostały, bądź to w pismach poetów lub dziejopisarzy się przechowują, więc i korzyści jakie z nich dla nas wynikają zapoznawać się nie godzi. Przytoczę niektóre przykłady. Na Peryklesa 3) pewnego razu ktoś z ludzi na rynku stojących miotać zaczął obelgi, ten zaś wcale nie zważał na nie i tak przeszedł dzień cały; oszczerca trapił Peryklesa ciągłym złorzeczeniem, ów zaś nie zwracał na takowe swej uwagi. Nadszedł potem wieczór i ciemność uwolniła zaledwie Peryklesa od owego natręta, którego pomimo to z latarnią do domu odprowadzić kazał, co w tym zapewne uczynił celu, aby nadarzonej sposobności ku ćwiczeniu się w mądrości nie zmarnować. Innego znowu razu wydarzyło się, że ktoś gniewem zapalony Euklidesowi 1) Megarejczykowi śmiercią zagroził, stwierdzając groźbo tę przysięgą; ten zaś wobec tych gróźb przysiągł przeciwnie, że go ułagodzi i uśmierzy gniew swego nieprzyjaciela. Przywodzenie sobie na pamięć takich przykładów w chwili, gdy gniew już nad kim górę brać zaczyna, jakże wielkiej jest ceny! Bo nie powodujmy się wcale owymi słowy zawartymi w tragedii Eurypidesa: „na nieprzyjaciela gniew ręce uzbraja 2)”, lecz przeciwnie nie dajmy się wcale do gniewu pobudzać. A jeżeli nam to z trudnością przypada, używajmyż przynajmniej rozumu jako wędzidła na poskromienie gniewu, nie dozwalając aby nas za daleko unieść miał z sobą.
Lecz skierujmy na powrót znowu uwagę naszą na zacne i przykładne czyny. Uderzył ktoś Sokratesa syna Sofroniskowego wycinając mu nielitościwie policzek 3). Ten zaś nie bronił się wcale, lecz dozwolił napastnikowi nasycić gniew swój; od częstych razów nabrzmiała twarz Sokratesowi i krwią zabiegła. Gdy zaś już przestał go bić, nic innego Sokrates nie uczynił, lecz napisać miał na czole, jak to czynią rzeźbiarze na posągach od siebie wykonanych imię tego, co go tak pokrzywdził i w ten tylko sposób się pomścił 4). Te przytoczone tutaj przykłady zmierzają prawie do tego samego celu do którego i nasze przykazania Chrześcijańskie, i dla tego twierdzę że wiele na tym zależy, aby je młodzieńcy naśladowali. Opisane właśnie postępowanie Sokratesa zgadza się z ową nauką Chrześcijańską, która uderzającemu nas w policzek i drugi nadstawić każe, nie zaś oddawać wet za wet 1). Przykłady zaś Peryklesa i Euklida zgadzają się z przykazaniem, by znosić cierpliwie prześladowania i odwzajemniać się wszelką łagodnością za gniew prześladowców, by życzyć nieprzyjaciołom dobrze i nie złorzeczyć takowym 2). Kto na owych przykładach świeckich się przysposobi, ten nie będzie już przykazań Chrześcijańskiej miłości przyjmował z niedowierzaniem, jakoby były niepodobne do wykonania. Nie mogę też ani czynu Aleksandra pominąć, który córek Dariusza zabranych w niewolę, chociaż go zapewniano, że maja być przecudnej urody, ani widzieć nie chciał, uznając to za rzecz hańbiącą, aby ten który mężów zwycięża dał się zwyciężyć kobietom 3). Ten przykład zgadza się zupełnie z owym miejscem pisma św. w którym powiedziano, że patrzący na kobietę dla pożądliwości, chociażby w czynie nie wykonał cudzołóstwa, już przez to samo, że przypuścił żądze do duszy swojej, nie jest wolnym od winy 4). Postępowanie zaś Klejniasza 5) jednego z towarzyszów Pytagoresa tak dalece się zgadza z naszą Chrześcijańską nauką, że trudno uwierzyć aby ta zgodność była przypadkową, a nie raczej rozmyślnym naśladowaniem. Cóż to jest takiego, co uczynił Klejniasz? Chociaż mógł, gdyby był przysiągł uniknąć kary zapłacenia trzech talentów, wolał raczej zapłacić niż przysięgać, zwłaszcza że mógłby był sprawiedliwie przysiąc; uczynił to Klejniasz jak gdyby słyszał był o owym przykazaniu, które nam wzbrania przysięgi 6).
Rozdział VIII
Jednak co z początku powiedziałem, do tego znowu się wracam; nie wszystkie te nauki bez wyjątku przyjmować nam należy, ale jedynie pożyteczne. Boć zaprawdę byłoby to rzeczą hańbiącą odpychając od siebie potrawy szkodliwe, na nauki będące pożywieniem dla duszy naszej, żadnej wcale nie zwracać uwagi, ale jak potok wezbrany zbierać wszystko co się nadarzy i unosić ze sobą. Bo czyżby postępowanie nasze było logiczne, gdybyśmy patrząc na sternika nie powierzającego na oślep okrętu wiatrom, ale go kierującego ku przystani, gdybyśmy widząc strzelca do celu mierzącego, a nawet i każdego rzemieślnika np. stolarza lub cieślę starającego się osiągnąć cel rękodzielnictwa swego, gdybyśmy mówię co do troskliwości o sprawy nasze nawet tym rękodzielnikom zawstydzić się pozwolili? Bo czyż to być może, aby życie ludzkie, kiedy rzemieślnicy pewny wytknięty cel swej pracy mają, żadnego nie miało celu, na który we wszystkich mowach i czynach baczyć powinien każdy, kto nie chce zupełnie stać się podobnym bezrozumnym zwierzętom 1)? Czyżbyśmy to mieli być tak już zupełnie podobnymi do okrętów bez sternika, iż byśmy pozbawieni wszelkiej władzy rozumu do kierowania sterem duszy, ślepym trafem miotani byli tam i tam w życiu naszym? Zapewne że nie, lecz zachodzi tu ta sama okoliczność jak i przy ćwiczeniach gimnastycznych lub jeżeli chcesz i muzycznych; tu bowiem w tych samych zawodach o wprawę starać się trzeba, w jakich kto o wieniec zwycięski ubiegać sic chce, boć przecie żaden z tych, którzy się ćwiczyli w szermowaniu na pięści lub w sztuce zapaśniczej, nie pokusi się pójść w zawody w grze na lutni lub fletni. Nie w tych więc ostatnich ćwiczył się zapaśnik Polydamas 1), lecz przed bojem zapaśniczym w Olimpii zatrzymywał wozy wśród biegu i tym sposobem siłę swoją ćwiczeniem wzmacniał. Toż samo czynił i Milon 2), który stanąwszy na tarczy tłuszczem nasmarowanej nie dał się z niej zepchnąć, lecz wytrzymał wszystkie parcia spychających go przeciwników stojąc tak silnie, jak ołowiem przymocowane do podstawy swojej posągi. Krótko mówiąc wszystkie te ich ćwiczenia były przygotowaniem do zapasów. Jeżeli ćwiczenia w grze na lutni, jakie podejmowali Marzjasz i Olympus z Frygii 3) były bezowocne, natenczas przypuściłby należało, że ci co porzucili szkołę zapaśniczą i zaprzestali ćwiczeń ciała, z łatwością wieniec zwycięski i sławę uzyskać mogą, lub że przynajmniej unikną pośmiewiska z powodu niezgrabności ciała. A czyż to być może? Wszak na ten czas i Tymoteusz 4) porzuciwszy ćwiczenia w muzyce nie byłby tyle czasu był strawił w szkołach muzycznych. Lecz nie byłby też doszedł do tej doskonałości, żeby aż wszystkich przewyższył; on zaś tak dalece celował w tej sztuce, że potrafił nie tylko poruszyć umysły silną i ponurą melodią, lecz także uspokoić je i zmiękczyć łagodniejszymi tony, i to kiedy i jak chciał 1). Taką posiadając biegłość zagrał pewnego razu Aleksandrowi melodię frygijską na fletni i jak opowiadają poruszył go swoją grą tak, iż tenże powstawszy opuścił grono biesiadujących i porwał za broń, co spostrzegłszy Tymoteusz złagodził melodię i wprowadził go z powrotem w koło biesiadników 2). Otóż takiej siły w muzyce i zapaśniczych walkach zastosowanych do osiągnięcia celu dostarczyć nam może ćwiczenie.
Kiedy już wspomniałem o wieńcach zwycięskich i zapaśnikach, dodam i to, że oni wytrzymawszy naprzód niezliczone i różnorodne trudności i niewygody dla wzmocnienia swej siły, napociwszy się nie mało nad mozolnymi ćwiczeniami ciała, odebrawszy wiele bolesnych razów w szkole zapaśniczej, nie dobierając sobie pokarmu wedle upodobania, lecz poprzestając na strawie od swych przełożonych im wskazanej 3) i innych doznawszy trudów, których wyliczenie długo by trwało; po takim dopiero przysposobieniu uważając cały tryb życia przed wstąpieniem w szranki za przygotowanie się do zapasów, wybierają się na plac do walki i tam lekceważąc wszelkie trudy i niebezpieczeństwo życia dobijają się wieńca z drzewa oliwnego, z opichu lub innej do tego przeznaczonej rośliny 4), dobijają się zaszczytu, by ich imiona jako zwycięzców od herolda publicznie były obwołane. Nam zaś, którym za trudy życia przeznaczono nagrody co do rozliczności i wielkości tak podziwienia godne, iż je wypowiedzieć niepodobna, — nam mówię czyżby udać się miało śród ospałości i odrętwienia osiągnąć takowe bez najmniejszego natężenia? W takim tedy razie gnuśność musiałaby wielkiej bardzo nabrać wartości w życiu i Sordanapal 1) musiałby co do szczęśliwości za najpierwszego ze wszystkich być uznany, albo może Margiles 2), o którym Homer wspomina, że ani orał, ani kopał, ani żadną wcale do życia ludzkiego pożyteczną pracą się nie zajmował, jeżeli w samej rzeczy te opowiadania Homerowi przypisać mamy 3).
Raczej Pittaka 4) twierdzenie za prawdziwe uznać należy, który powiedział, że trudno jest stać się doskonałym. Albowiem w istocie przez wiele nam trudów przechodzić trzeba i po wielkim dopiero wysileniu owych dóbr wiekuistych dostąpić możemy, o których poprzednio już powiedziałem, że z żadnym szczęściem ludzkim porównane być nie mogą. Nie godzi się nam przeto być lekkomyślnymi, ani się zrzekać dla krótkiego tutejszego odpoczynku wielkiej na przyszłość nadziei, jeżeli nie chcemy sobie zasłużyć na wyrzuty i kary już nie od ludzi w tym życiu (chociaż i to nie jest rzeczą małą dla rozsądnego), ale w onym miejscu kary wiekuistej, czyli ono jest pod ziemią lub gdziekolwiek indziej się znajduje 1). Kto nierozmyślnie zboczy z drogi przyzwoitej, ten jeszcze przebaczenia od Boga prędzej spodziewać się może. Kto zaś rozmyślnie obiera, co za gorsze uznał, nie ma wymówki, ale daleko cięższej kary doznawać będzie musiał.
Rozdział IX
Cóż więc czynić mamy? zapyta kto. Oto przede wszystkim starać się o duszę naszą odsuwając na bok wszelkie inne starania. O tyle więc tylko ciałem zajmować się nam wypadnie, o ile tego konieczna wymaga potrzeba; duchowi zaś jak najlepszego dostarczać należy pożywienia, starając się za pomocą filozofii zdjąć z niego pęta pożądliwości ciała, zapewniając oraz ciału zwycięstwo nad namiętnościami 2). Na niezbędnej strawie poprzestając nie gońmy za przysmaczkami jak owi, co się sadzą na przepych w zastawianiu stołów i obiegają się o zręcznych kucharzy, przegrzebują ziemię i nurtują w morzu, aby żołądkowi jakby groźnemu władcy jakiemu powinna złożyć daninę, zaprawdę godni politowania dla nieustannych trosk, nie lżejsze ponoszą katusze niż skazani na wieczne męki piekielne; a zabiegi ich równie są daremne jak i tych, którzy by płomień przeciąć, rzeszotem wodę czerpać lub dziurawą beczkę napełnić chcieli 1), bo dla ich zabiegów nie masz granicy. Zbytek w strojach i trefienie włosów według Diogenesa znamionuje ludzi nieszczęśliwych lub niesprawiedliwych 2). Dla tego sądzę, że zarówno szkaradną jest rzeczą być i zwać się trefnisiem 3), jak być rozwiązłym i lubieżnym. Bo jakaż proszę zachodzi różnica w oczach człowieka rozsądnego, czyli kto przywdzieje na siebie bogatą suknie lub ubogą przyodzieje się szatą, jeżeli ona wystarcza ku ochronie od zimna lub upału? Tak też i o inne rzeczy nigdy więcej nad istotną potrzebę ubiegać się nie należy, ani się troszczyć o ciało więcej, niż tego korzyść duszy naszej wymaga. Nie mniejszą by to było hańbą dla męża, któryby rzeczywiście tego nazwiska godnym być chciał, jeżeliby zbytecznie troskliwości o stroje i wygody ciała był oddany, niż wtenczas gdyby bezczelnie jakiejkolwiek hołdował namiętności. Ktokolwiek bowiem całą swą troskliwość ozdobieniu ciała swojego poświęca, nie poznaje dokładnie sam siebie i nie rozumie twierdzenia filozofa (Platona), który mówi, że nie to co widzimy istotę człowieka stanowi 4); lecz potrzeba na to prawdziwej mądrości, aby każdy z nas poznał sam siebie. To zaś poznawanie dla ludzi, którzy nie oczyścili swej duszy trudniejszym jest, niż oglądanie światła słonecznego temu, którego oczy bielmem zarosły.
To oczyszczenie zaś duszy 1), aby krótko powiedzieć, a dla was zrozumiale, zasadza się na pogardzaniu zmysłowych rozkoszy. Nie należy więc paść oczu niedorzecznymi przedstawieniami kuglarzy 2) lub widowiskami cielesność podżegającymi; nie należy melodii gorszących przez uszy przepuszczać do duszy naszej, które by ją owładnęły, gdyż tego rodzaju melodie budzi zazwyczaj namiętności prowadzące do znikczemnienia i spodlenia się. Natomiast zaś zajmować się nam godzi muzyką szlachetniejszą i do wzniosłych wiodącą celów, za której pomocą Dawid święty piewca króla Saula jak mówią z szaleństwa wyprowadził 3). O Pytagoresie 4) opowiadają także, że tenże napotkawszy pewnego razu orszak biesiadników pijanych, wezwał przygrywającego im na flecie, który właśnie swawolną melodię grać zaczął, aby zmieniwszy tony zagrał poważną Dorycką symfonię 5). Pijani biesiadnicy tą melodią wytrzeźwieni zawstydzili się i porzuciwszy wieńce do domów się rozeszli 1). Inni zaś zwykle przy grze na fletni rozpustują i swawolą. Tak wielka jest różnica między przysłuchiwaniem się melodiom poważnym a gorszącym. Z tego to powodu muzyką, jaka dziś uzyskała dla siebie przewagę, jeszcze mniej zajmować nam się godzi, niż wszelką inną najbezwstydniejszą 2). O kadzeniu pachnidłami rozmaitymi by dogodzić zmysłowi powonienia lub o wonnych olejkach służących do namaszczenia ciała nawet wspomnieć się wstydzę. Czyż nie dosyć będzie przeciw używaniu wszelkich zmysł dotykania i smak łechtających rozkoszy powiedzieć, że te rozkosze zniewalają skwapliwie za nimi goniących do życia podobnego bydlętom oddanego cielesności i lubieżności? 3) Jednym słowem, kto nie chce zanurzyć się jakby w odmęcie jakimś w rozkoszach cielesnych, musi się wyrzec zbytecznej o ciało troskliwości i tyle tylko zajmować się nim, ile według słów Platona zajmują się ci, którzy z ciała narzędzie dla dopięcia wyższych celów duchowych uzyskać pragną, które to słowa zgadzają się z słowami Pawła św. upominającego nas, że nie należy dogadzać ciału, ku rozbudzeniu w nim namiętności 4). Bo w czymże różnią się ludzie, którzy o jak największe wygody dla ciała się ubiegają, ducha zaś posługującego się ciałem jako rzecz wcale żadnej wartości nie mającą zaniedbują od tych nierozsądnych, co z wielką gorliwością narzędzi nagromadzić się starają, o sztukę zaś samą, posługującą się tymi narzędziami wcale się nie troszczą? Postępowanie wprost temu przeciwne jest obowiązkiem naszym: poskramiać ciało i powstrzymywać szalone jego zapędy, wszelkie zaburzenia z powodu ciała w duszy powstające uspakajać za pomocą rozumu, używając go w podobny sposób jak chłosty na poskromienie dzikiego zwierza, nie zaś puszczać wolne cugle rozkoszom, nie zważając na rozum, który ma być jakby woźnicą i dać się im unosić w szalonym zapędzie jakby koniom rozhukanym i na oślep goniącym 1). Pamiętajmy na słowa Pytagoresa, który będąc w pewnym towarzystwie gdy spostrzegł, ze jeden z obecnych doborem potraw i odpowiednim ułożeniem ciała o to się starał, aby go jak najlepiej utuczył, rzekł: czyż ten człowiek nie przestanie nad tym pracować, aby sobie jak najcięższe zgotował więzienie? Z tej to przyczyny i Plato jak mówią przewidując jakąś szkodę ciało duchowi wyrządzić może, niezdrową okolicę Atyki umyślnie wybrał na założenie Akademii 2), aby usunąć wszystko, cokolwiek zbytecznej wygody ciału dostarczyć może, idąc za przykładem tych, którzy zbyt bujne latorośle winnej macicy obcinają. Ja zaś słyszałem to od lekarzy, że zbyteczna tuczność dla zdrowia nawet cielesnego jest szkodliwą 1).
Jeżeli więc przesadna troskliwość o ciało dla samego ciała nie jest pożyteczną, dla duszy zaś szkodliwą, toć już poddanie się ciału i służenie jemu wyraźnym musi być szaleństwem. Skoro zaś zbyteczna troskliwość o ciało nasze zajmować nas nie będzie, trudno by nas inna jakaś rzecz ludzka zachwycić mogła. Bo na cóż przydać by się nam mogły natenczas dostatki, skoro wzgardzimy rozkoszami ciała? Ja przynajmniej nie widzę już wtenczas żadnego z nich pożytku prócz tej przyjemności, jaką by może komuś sprawić mogło, podobnie jak onym bajecznym smokom, pilnowanie skarbów zakopanych 2). Kto zaś wyrobił sobie w tym względzie zdanie godne męża niezawisłego, ten żadną miarą ani w czynie ani w słowie nic nikczemnego lub haniebnego nie przedsięweźmie. Albowiem na wszystko, cokolwiek mu zbędzie po zaspokojeniu niezbędnych potrzeb, — chociażby to był szczerozłoty piasek w Lydyjskich rzekach się znajdujący 3) lub ów przez jamników z ziemi wygrzebany 4), — z tym większym lekceważeniem spoglądać będzie, im mniej tego potrzebuje; samo zaś używanie majętności zastosuje do koniecznych naturalnych potrzeb, nie zaś do zachceń zmysłowych. Ktokolwiek zaś w żądaniach przekroczy granice rzeczywistej potrzeby, podobnym się staje do tych, co z góry na dół pędzą na oślep, a nie mając nic stałego, na czym by kroki swoje oprzeć mogli w ustawicznym pędzie nigdzie zatrzymać się nie zdołają; a chociaż już bardzo wiele nagromadzili, zawsze jednakową czują potrzebę lub nawet co raz większa do zaspokojenia swej żądzy stosownie do słów Solona, który mówi: nie masz granicy dla człowieka chciwego dostatków 1). Raczej pójść należy za zdrową nauką Teognisa, zawartą w słowach: „Nie kocham się w dostatkach, nie wzdycham za nimi, lecz na małym chcę przestać nie znając niedoli” 2). Podoba mi się bardzo owa wzgarda, z jaką Dyogenes spoglądał na wszystkie ludzkie dostatki, tym sposobem pokazał, że jest bogatszym od owego nawet króla wielkiego Aleksandra, albowiem mniej niż on do życia potrzebował 3). Nas zaś (mówią łakomcy), jeżeli nie będziemy mieli tyle talentów złota ile miał Pyteusz z Mizji 4), tyle i tyle morgów ziemi, nieprzeliczonych trzód bydła itd., nic innego zaspokoić nie potrafi. Przeciwnie ja utrzymuję, że nie należy tęsknić za dostatkami, jeżeli się ich nie posiada, komu się zaś dostały w udziale, ten niech nie posiadanie tychże, lecz rozsądne raczej nimi rozrządzanie za zaszczyt uważa. Bo prawdziwe jest twierdzenie Sokratesa, który do pewnego człowieka bogatego i z majętności swoich się chełpiącego rzekł, że nie pochwali go, aż się przekona, że umie także i dostatków swoich należycie używać 1). Czyż Fidiasz lub Poliklit 2), z których pierwszy utworzył posąg Jowisza dla Elejczyków, drugi posąg Junony dla Argiwów, nie staliby się słusznie byli przedmiotem pośmiewiska chełpiąc się złotem i kością słoniową, gdyż szczyciliby się byli cudzą majętnością, lekceważąc sztukę, która i złotu nawet dodała uroku i wartości? A my twierdząc, że cnota ludzka sama sobie nie wystarczy ku ozdobie, czyż za mniej wzgardy godnych uznać się mamy?
- Testament hetmański – Stanisław Żółkiewski
- Władysław Jagiełło odnawia akademię krakowską
- Uwaga o szkolnictwie państwowym – prof. F. Koneczny
Lecz jeżeli już zgodzimy się na to, aby z obojętnością spoglądać na dostatki i wcale nie dbać o zmysłowe rozkosze, czyż może pochlebstwu i obłudzie hołdować będziemy, albo się też starać o naśladowanie chytrości i przebiegłości owego lisa w poezjach Archilocha 1)? Bynajmniej, bo niczego nie powinien bardziej unikać kto mądrym być chce nad ubieganie się w życiu powszednim o wzięcie u wszystkich; nie ma on oglądać się na to, co się pospólstwu podoba, owszem prawdą w życiu swoim tak się powodować powinien, że gdyby mu nawet przyszło wszystkim ludziom się sprzeciwić, gdyby mu wypadało ponieść niesławę lub popaść w niebezpieczeństwo dla sprawiedliwości, nie powinien w niczym ustąpić od przekonania, które za prawdziwe uznał. Kto inaczej postępuje, w czymże się różni od Egipskiego sofisty 2), który się przemieniał to w roślinę to w zwierzę kiedykolwiek chciał, to znowu w ogień lub wodę, lub inną jakąś rzecz? Taki albowiem dziś uwielbiać będzie sprawiedliwość wobec osób u których ona jest w poszanowaniu; jutro zaś zupełnie przeciwne mowy rozpocznie, skoro tylko spostrzeże przewagę po stronie niesprawiedliwości; a postępowanie takie jest pochlebców zwyczajem. A jak o wielonogach mówią, że takowe barwę powierzchni swojej według własności ziemi na której rosną zmieniają 3), tak też i człowiek takowy przekonanie swoje według zdaniu ludzi, z którymi przestaje, odmieni.
Rozdział X
Chociaż je i tym podobne nauki z pism naszych świętych dokładniej powziąć będziemy mogli, na teraz jednak nakreślmy sobie pierwsze zarysy cnoty i z tych pism pogańskich. Ci bowiem, co troskliwie z każdej sposobności korzyść dla siebie zbierają, odnoszą zwykle pożytki podobnie jak wielkie rzeki, które z różnych stron częsty otrzymują przypływ. Bo przypuścić należy, że poeta Hezjod mówiąc o dodawaniu jednej malej ilości do drugiej, nie samo tylko zbieranie pieniędzy miał na myśli, lecz że te słowa stosował także i do zgromadzenia wiadomości 1). Z tej przyczyny Bias 2) synowi wybierającemu się w podróż do Egiptu, gdy się go zapytał, jakim by postępowaniem ojcu największą mógł sprawić przyjemność, odpowiedział: jeżeli sobie już teraz zgromadzać zaczniesz zasiłek na starość; rozumiał zaś przez ten zasiłek cnotę, chociaż ją w ciasne ujął granice, gdyż użyteczność z niej na ziemskie życie tylko obliczył. Ja zaś chociażby mi ktoś wspomniał o starości Tytona 3) lub Argantoniusza 4), chociażby mi wspomniał z ksiąg św. o Matuzali, który 970 lat żyć miał 1), a nawet chociażby cała przestrzeń czasu odkąd ród ludzki istnieje przemierzył, rozśmieję się z tych jego wyobrażeń jako z dziecinnych pomysłów, spoglądając na tę niezmierzoną i nigdy niestarzejącą się wieczność, dla której myśl nasza żadnej granicy ustanowić nie zdoła, również jak nie potrafi obliczyć kresu nieśmiertelnej duszy naszej. Napominam was tedy, abyście na tę wieczność zbierali dla siebie zasiłki każdy kamień jak mówi przysłowie poruszając 2) wszelkich według możliwości używając środków ku skorzystaniu dla niej. Chociaż ta praca jest trudną i wielce natężającą, wszelako dla tego od niej odciągać się nam nie godzi, lecz pamiętając na wezwanie, które każdemu życie jak najlepiej urządzić zaleca, i spodziewać się każe, że przyzwyczajenie zrobi go przyjemnym, podejmujmy to co najlepsze. Bo hańbą byłoby dla nas, gdybyśmy trwoniąc czas teraźniejszy, później chcieli na powrót przywołać chwile minione, gdy już strata poniesiona powetować by się nie dała. Wszystko, co według mego zdania dla was najlepszym być może, wypowiedziałem w niniejszej mowie; tych samych też rad przez całe życie udzielać wam nie przestanę. Wy zaś o to starać się macie, abyście nie stali się podobnymi do ludzi, którzy ulegli trzeciemu i najniebezpieczniejszemu już rodzajowi choroby, i abyście nie dali na sobie dowodu, że choroba duszy podobną jest w pewnym względzie do niemocy ciała 3). Ci bowiem, którzy lekką jakąś słabość cierpią, sami do lekarzy się udają, którzy zaś cięższą jakąś nawiedzeni zostali niemocą, lekarzy do domów swoich wzywają, nareszcie ci, co w stan melancholii już nie do wyleczenia popadli, nie czują nawet swojej słabości. Miejcież się tedy na baczności, byście przez unikanie nauk prawdziwych w ten chorobliwy stan nie popadli.
UWAGA, tekst został nieznacznie uwspółcześniony. Liczne przepisy zostały opuszczone (z powodu licznych tekstów w języku greckim), pozostawiając zaznaczone miejsca, aby umożliwić odnalezienie odpowiednich przypisów w książce. Link do książki poniżej.
Źródło: Mowa św. Bazylego Wielkiego do młodzieży o sposobie korzystania z literatury klasycznej, wyjęta z programu Gimnazjum Rzeszowskiego na rok 1861, Rzeszów 1861.



