Rodzice chrześcijańscy a młodzież dorastająca
Skoro zepsucie młodzieży jest tak pewną rzeczą i tak wielkim złem, czy nie jest więc na miejscu pytanie: co jest jego główną przyczyną, jego źródłem? Czy to pytanie nie jest największego znaczenia? Czy ono może nie obchodzić tych, którym prawdziwie zależy na tym, aby młodzież jak najprędzej podnieść z tego upadku, który zatrważa jej prawdziwych przyjaciół? Bo czy trwała poprawa złego nie zależy przede wszystkim od poznania jego głównej przyczyny, jego źródła?
Juwenalis, jeden z poetów rzymskich, zapytany przez rodziców, co uważa za główną przyczynę zepsucia ich dzieci, dał im najmniej spodziewaną odprawę, której mu nie mogli zapomnieć nigdy. Odpowiedział im beż ogródki, że główna przyczyna zepsucia dzieci leży zawsze w rodzicach! Trudno im przyszło połknąć tę gorzką pigułkę. Już więcej razy nie przyszli do niego z żadnym zapytaniem.
Odpowiedź tego mędrca starożytności zawiera wielką, niezbitą prawdę. Stawiam zatem bez wahania twierdzenie: główna przyczyna zepsucia tylu starszych, dorastających dzieci dzisiejszych tkwi jedynie w rodzicach, mianowicie w tym, że tylko bardzo mało ich spełnia wszystkie obowiązki względem swych starszych, dorastających dzieci, a większość ich poczuwa się tylko do części tych obowiązków.
Dwie rzeczy mam do wykazania. Po pierwsze, że nie czynię rodzicom krzywdy, innymi słowy, że dziś wielu rodziców rzeczywiście nie spełnia wszystkich obowiązków względem swych starszych, dorastających dzieci. Po drugie, że to niedbalstwo wielu rodziców jest rzeczywiście główną przyczyną zepsucia tylu starszych, dorastających dzieci dzisiejszych.
Aby się przekonać o prawdziwości pierwszej części mego twierdzenia, wystarcza jeden rzut oka na zachowanie się rodziców dzisiejszych z starszymi, dorastającymi dziećmi.
Gdy ojca chrześcijańskiego nie obchodzi nic, że jego starsi synowie zupełnie zaniedbują najstarszy, najogólniej szanowany zwyczaj chrześcijański rannego i wieczornego pacierza; gdy im nie przypomni ani słowem św. powinności modlitwy; gdy wcale w to nie wchodzi, że oni ledwie czasem raczą w niedziele i święta zajrzeć do kościoła i ledwie na Wielkanoc chodzą do Sakramentów św.; gdy spokojnie patrzy na wszystko zło, które broją, jeśli tylko postępy robią w naukach albo dzielnie sprawują się w rzemiośle swoim: czy o takim ojcu nie można z całą prawdą powiedzieć, że on zaniedbuje niepoślednią część obowiązków ojca chrześcijańskiego względem starszych dzieci?
A czy dziś niema wielu takich ojców, którzy wcale się nie poczuwają do tej niepośledniej części obowiązków swych? Ojciec chrześcijański, który bierze obowiązki swe jak powinien, nie zawaha się na chwilę nawet synom pod wąsem przypomnieć z godnością św. powinność modlitwy, gdy ją zaniedbują zupełnie. Tym mniej by potrafił milczeć, zachować się zupełnie biernie na to, gdy oni łamią św. przykazanie święcenia niedzieli i święta, lekceważą sobie Sakramenty św., i choćby w naukach lub rzemiośle swym robili celujące postępy, górowali nad wszystkimi rówieśnikami swymi, usłyszeliby od niego z pewnością „słowa prawdy”, gdyby na rachunek swych świetnych postępów w naukach mieli się czego dopuścić, co hańbi, upadla chrześcijańskiego młodzieńca.
Gdy matka chrześcijańska nie czuje żadnej potrzeby, aby poznać wartość moralną przyjaciółek swych córek dorastających, nikogo nie zna tak mało, jak właśnie przyjaciół swych dzieci, posuwa się tak daleko, że nie jest wcale ciekawą wartości nawet tych młodzieńców, z którymi jej dorastające panny zawiązują stosunki, czy za wiele jest powiedzieć o takiej matce, że ona zaniedbuje ważne obowiązki? A czy dziś rzadko spotkać matki, które z pewnością powinny wstydzić się, że im wcale nie zależy na znajomości tych, z którymi ich starsze dzieci, nie mające jeszcze żadnego doświadczenia a łatwowierne, najchętniej obcują, utrzymują zażyłe stosunki? Matka chrześcijańska, której wychowanie religijne starszych, dorastających dzieci, jako więcej zagrożonych, jeszcze więcej niż małoletnich, leży na sercu, nikogo nie stara się tak dokładnie poznać, jak tych, których jej dorastające dzieci darzą swą przyjaźnią, swym całym zaufaniem. A że prawdziwa troskliwość macierzyńska jest nie tylko przemyślną, ale nawet przebiegłą, więc taka matka zawsze znajdzie dosyć sposobów, by dopiąć swego celu, poznać wartość moralną przyjaciół i przyjaciółek dzieci swych i zerwać póki czas te ich przyjaźni, które by z pewnością odbiły się na życiu religijnym dzieci.
„Synu mój! cóż tu na tym świecie mam jeszcze do spełnienia, gdy spełniły się moje najsłodsze nadzieje: widzę Cię dobrym katolikiem!” /śmierć św. Moniki/
Cóż powiedzieć dopiero o rodzicach chrześcijańskich, którzy dobrze znają zepsucie tych, z którymi ich starsze, dorastające dzieci najchętniej obcują, utrzymują przyjaźń, którzy widzą, że one stają się coraz gorsze pod wpływem tej złej przyjaźni, a jednak najspokojniej patrzą na nią, i co więcej, nie tylko spokojnie znoszą ją, ale nawet podtrzymują sami, jak mogą, pomagają do niej, i to z najniższych pobudek, albo z chciwości, dla marnego zysku, większego zarobku, albo z próżności, że z tej złej przyjaźni są widoki kariery, wyniesienia się nad stan dla ich dzieci? Czy nawet tacy rodzice jeszcze powiedzą, że czynią dla swych starszych, dorastających dzieci pod względem religijnym wszystko, co powinni?
Gdyby weszli w siebie, z pewnością zupełnie inny wyrok wydaliby na siebie, z pewnością uderzyliby się w piersi, jak powinni, i powtórzyli o sobie za św. Chryzostomem: „Mniej niż bydlę cenimy dzieci nasze, więcej się troszczymy o osły i konie, niż o dzieci nasze!”
A czy dziś trudno o rodziców, którzy z marnych względów światowych, z tak niskich pobudek, jak chciwość, grubszy zarobek, próżność, nadzieja wyniesienia siebie i dzieci swych nad stan, pozwalają szczególnie starszym, dorastającym dzieciom na wszystko, co one chcą, nie wzdrygają się dawać swego rodzicielskiego pozwolenia nawet na ich najszkodliwsze przyjaźnie, które zostawiają na nich ślad niezatarty, mszczą się na ich całej przyszłości?
Rodzice chrześcijańscy, którym zupełnie zarówno leży na sercu, jak powinno być, wychowanie religijne starszych, dorastających dzieci, jak małoletnich, nie daliby żadnemu dziecku swego rodzicielskiego pozwolenia na złą przyjaźń nawet w najświetniejszych widokach. Wolą, że dziecko ich pozostanie całe życie w niskim stanie, w którym postawiła je Opatrzność, aniżeli, że wyniesie się nad swój stan kosztem zbożnych obyczajów, do których z trudem i mozołem zaprawiali je od pierwszej jego młodości. Dziecko takich chrześcijańskich rodziców z pewnością kiedyś, w późniejszych latach będzie sobie z wdzięcznością wspominać, że nie było w swych młodych latach pod względem religijnym puszczone samopas, ale że byli tacy, którzy nim gorliwie a mądrze kierowali, i że do nich w pierwszej linii należeli jego dobrzy, obowiązków swych dobrze sobie świadomi rodzice, ojciec zarówno, jak matka.
Gdy rodzice chrześcijańscy pozostawiają niedorostkom swym, np. 16-letnim chłopcom, dziewczętom, zupełną wolność rozporządzania sobą, mianowicie, gdy pozwalają im przyjmować obowiązki, gdzie im się podoba, wcale nie wchodzą w to, czy ludzie, u których przyjmują obowiązki [praca lub szkoła], dają gwarancję, że ich nie zepsują i pozwolą im prowadzić życie katolickie, co gorsza, gdy dobrze wiedzą, że te dzieci psują się coraz więcej pod wpływem ludzi, u których są w obowiązkach, a jednak spokojnie patrzą na to, pozwalają im i nadal zostawać w tych warunkach, tak zabójczych dla ich całego życia religijnego, nieraz dla ich całej przyszłości, a to z tak niskich, nieszlachetnych pobudek, jak łakomstwo, gonienie za najgrubszym zarobkiem, chęć ulżenia sobie w troskach domowych, czy można o takich rodzicach powiedzieć, nie ubliżając prawdzie, że oni troszczą się o wychowanie religijne swych starszych, dorastających dzieci wedle myśli Bożej, wedle nauki Kościoła św.? A czy w czasach obecnych niema właśnie takich rodziców więcej, niż może było kiedykolwiek? Nie potrzeba pytać o zdanie duszpasterzy miast wielkich, zepsuciem nawiedzionych. Każdej wioszczyny pleban powie nam dziś pod tym względem dużo różnych rzeczy trudnych do uwierzenia! Tak. Pod tym względem dziś najgorzej, największe pomieszanie, spaczenie pojęć, najwięcej sumień rodzicielskich rozluźnionych, podobnych do miecha dziurawego, przepuszczającego wszystko, najwięcej rodziców obciążonych straszną krzywdą własnego potomstwa, którzy z pewnością mogą zastosować do siebie te słowa św. Doktora Kościoła: „Wszelkich dokładamy starań, aby rola nasza była jak najlepiej uprawiona i aby się dostała w dobre ręce: wyszukujemy dobrego masztalerza, dobrego włodarza, dobrego rządce. Ale o to, co najkosztowniejsze jest, nie dbamy, abyśmy dziecko powierzyli komuś, który by czuwał nad jego obyczajów czystością, chociaż dziecko powinniśmy wyżej cenić, niż wszelkie dobra, bo wszystko dla niego mamy. Dbamy o majątek, a o nie same nie dbamy…” (Św. Chryzostom, Horn. IX. in Epist. I. ad Tim. ed. Mignę T. XI. p. 546.)
Rodzice chrześcijańscy, którzy troszczą się o wychowanie religijne swych starszych, dorastających dzieci wedle myśli Bożej i nauki Kościoła św., którzy trzymają się przy wychowaniu wszystkich dzieci swych zasady: ”Wychowanie religijne idzie przed wszystkim”, mają za wiele roztropności, aby pozostawiać niedorostkom wolność rozporządzania sobą, pozwalać im przyjmować obowiązki [praca lub szkoła], gdzie im się podoba. Tacy rodzice żadną sprawą swych starszych, dorastających dzieci nie kierują tak sami, własną ręką, jak właśnie tą sprawą przyjmowania obowiązków. Żadna sprawa więcej od tej nie leży im na sercu, ponieważ oceniają jak należy jej doniosłość. Tacy rodzice nie pozwolą dziecku przyjąć obowiązków u ludzi, znanych im ze złych obyczajów, którzy by łatwo mogli zepsuć je, pod żadnym warunkiem, dla żadnych względów, nawet dla największych materialnych korzyści. Tacy rodzice nie pozwolą dziecku zgodzić się w obowiązki ani do takich ludzi, których nie znają z obyczajów, bo i tacy nie dają rękojmi, że nie zepsują dziecka im powierzonego. Tacy rodzice, gdy przekonają się, że zawiedli się, że dziecko ich dostało się w złe ręce, między wilki, gdzie grozi mu pod względem religijnym największe niebezpieczeństwo, nie skończą na biadaniu nad jego smutnym położeniem, ale zrobią wszystko, co w ich mocy, aby dziecko wyciągnąć z tego złego gniazda, i tak długo nie spoczną, póty nie dopną tego. Wolą odmawiać sobie wszystkiego, dzielić się z dzieckiem ostatnim kawałkiem chleba, ale mieć je pod okiem, widzieć bezpieczne pod względem religijnym, niż widzieć je pod obcym dachem w dostatku, ale w największym niebezpieczeństwie dla duszy. Tacy rodzice z pewnością nie doczekają się w starości wstydu, że dzieci, o które się tak troszczyli, gdy były wprawdzie już starsze, ale jeszcze nie dosyć dojrzałe, aby rządzić się same pod względem religijnym, cisną im w oczy te słowa; „Mniej niż bydlę ceniliście nas, gdyśmy byli jeszcze niedorośli, więcej o osły i konie troszczyliście się wtenczas, niż o nas…”
Gdy rodziców chrześcijańskich, szczególnie matek, które niewątpliwie mogą łatwiej od ojców, czuwać nad dziećmi i wchodzić w drobniejsze szczegóły ich zachowania się, żadna nie zdejmuje ciekawość wartości tych powieści, romansów, w ogóle tych książek, które ich starsze dzieci czytają z podpadającą namiętnością, nie tylko we dnie, ale i po nocach, nie tylko w wolnym czasie, ale i wtenczas, gdy powinny uczyć się, obowiązków swych pilnować; gdy nie czują żadnej potrzeby zajrzeć do tych książek, które ich niedorostki nie tylko czytują z podejrzaną chciwością, ale nawet ukrywają przed nimi z podejrzaną przebiegłością; gdy posuwają obojętność swoją tak daleko, że nawet wtenczas nie występują ostro, gdy oni pozwalają sobie czytać książki ogólnie znane jako złe, zakazane, czy kto powie o takich rodzicach, że spełniają w całej rozciągłości swój obowiązek otaczania troskliwą opieką religijną także starsze dzieci?
A gdzież dziś nie znajdziemy rodziców, którzy względem starszych dzieci nie poczuwają się zgoła do niczego pod względem czytania książek? Wszędzie znajdziemy i ojców i matki, w których nie obudzi nawet najwięcej podpadająca chciwość, z którą pochłaniają ich niedorosłe dzieci powieści i romanse, żadnej ciekawości, czy niema w nich trucizny dla ich duszy. Wszędzie znajdziemy rodziców, którzy sami nie domyślą się nawet tego, że mają obowiązek albo starać się dotrzeć do tych książek, które ich dziatwa, czy młodsza, czy starsza, starannie ukrywa przed nimi, albo wprost kazać jej wydać je sobie.
Rodzice chrześcijańscy, którzy poczuwają się względem starszych dzieci do wszystkiego, do czego powinni, poczuwają się względem nich także do różnych obowiązków pod względem czytania książek. Dosyć dla nich, że które z nich czyta książkę z namiętnością, późno w noc, z zaniedbaniem obowiązków, aby zaraz przekonać się o jej wartości, i dosyć dla nich, że ona jest podejrzanej wartości, aby ją zaraz odebrać. Dosyć dla takich rodziców, że które z ich dorastających dzieci starannie ukrywa przed nimi książkę, którą czyta chciwie, aby zwrócić całą swą uwagę na nią, szukać jej jeszcze staranniej, niż ono ukrywa ją przed nimi, albo też zaraz sięgnąć do powagi rodzicielskiej, kazać wydać ją sobie bez targu! Dosyć dla takich rodziców wiedzieć o książce, że jest złą, aby założyć stanowczy protest, gdy które ze starszych dzieci, uważając się już za uprawnione do czytania wszelkich książek, zamierza ją czytać, aby nawet zabrać ją bez zwłoki do siebie, rządząc się słusznie zasadą, że młodzieży w tym względzie nie należy ufać, lepiej nie dowierzać jej, jak spuszczać się na nią.
Prawda, że nawet tak strzeżone starsze, dorastające dziecko może nie wyjść na człowieka, może w tak zepsutym dziś świecie, nawet zupełnie zmarnieć. Ale to jest pewne, że tak przez rodziców swych jeszcze na dorastaniu strzeżone dziecko, choćby zgałganiało nawet do szczętu, nie będzie miało czoła rodzicom swym na starość powiedzieć w oczy: „Dbaliście o wiele innych rzeczy, ale nie dbaliście o wychowanie moje”.
Pytam nareszcie, czy podlega wątpliwości, że przedstawienia w teatrach dzisiejszych czasów, czy weźmiemy komedie, czy opery, czy nawet tragedie, nie są wszystkie równej wartości moralnej? Być przeciwnego zdania, byłoby niewątpliwie nie mniej nierozsądnie, jak być tego zdania, że wszystkie ptaki równie pięknie śpiewają, sroka i dudek równie pięknie, jak słowik. Jest więc zupełnie pewne, że przedstawienia teatralne naszych czasów bardzo się różnią między sobą tak dobrze pod względem wartości moralnej, jak pod innymi względami; że jednym z nich nic nie można zarzucić pod względem moralnym, drugim bardzo wiele, nazwać by je można „trucizną” dla dobrych obyczajów; że do komedyj dziś przedstawianych można z małymi wyjątkami śmiało stosować słowa Tertuliana, wytrawnego pisarza starożytności: „Czegoż was uczy komedia? Jakież wam maluje obrazy? Czy nie małżonków niewiernych? Czy nie uwodzicieli dusz łatwowiernych? Czy nie ojców i matek przez własne dzieci w pole wywiedzionych? Czy nie chlebodawców przez własnych sług, domowników, oszukanych? Czy nie starców zdenerwowanych, zmitrężonych?”
Cóż powiedzieć dopiero o podejrzanej i więcej niż podejrzanej wartości moralnej przedstawień na jarmarkach, w nowoczesnych tak zwanych „kinematografach” i tych artystów, co jak ptaki wędrowne nawiedzają co rok regularnie o jednej porze niektóre miasta i miasteczka? Jak „piękne” „moralne” rzeczy bywają tam zazwyczaj przedstawiane, można już z tego jednego wnosić, że często sama policja zabrania pod karą pieniężną wstępu na nie, nie tylko małym dzieciom, ale nawet starszym, dorastającej młodzieży!
Czy po tym, co tu powiedziano, potrzeba dopiero dowodzić, że rodzice chrześcijańscy, tak święcie zobowiązani starać się o religijne wychowanie, dobre obyczaje swych starszych, dorastających dzieci, mają różne obowiązki pod względem ich udziału w przedstawieniach teatralnych? Czy potrzeba dowodzić, że ich główne obowiązki w tym względzie są mniej-więcej następujące: nie pozwalać im uczęszczać na pierwsze lepsze przedstawienia, zupełnie im, rodzicom, nie znane co do wartości moralnej; jeszcze mniej pozwalać im uczęszczać na takie, które znane są jako złe, szkodliwe dobrym obyczajom; nie lekceważyć sobie ich nieposłuszeństwa w tym względzie, ale surowo występować przeciwko niemu i podwoić czujność swoją nad nimi, szczególnie, gdy okazują pociąg do teatru, co w ich wieku często się zdarza?
Czy znajdzie się, kto te obowiązki rodziców chrześcijańskich poda w wątpliwość? Ale czy wszyscy rodzice chrześcijańscy dziś spełniają te tak pewne, tak ważne obowiązki, których lekceważenie musi na dzieciach odbijać się najszkodliwiej pod względem religijnym? Gdyby je wszyscy rodzice spełniali tak sumiennie, jak powinni, czyby wszędzie, i w teatrach i „kinematografach” i budach jarmarcznych, na takich przedstawieniach, na których szczególnie niedorosła młodzież nie powinna ani pokazać się, roiło się właśnie od takiej młodzieży? Czyby to nie było zupełnie niemożliwym przy sumiennym spełnianiu wspomnianych dopiero obowiązków przez wszystkich rodziców? Pytam się każdego, czy ta niedorosła młodzież, tak często świecąca na przedstawieniach komedii śliskich, pod względem moralnym wielce podejrzanych, tak często w „kinematografach” przyglądająca się scenom niewątpliwie szkodliwym dla jej dobrych obyczajów, szczególnie dla jej niewinności, tak często wypełniająca po brzegi przedstawienia we wędrujących budach jarmarcznych, ogólnie uznane za truciznę dla dobrych obyczajów, nie jest jeszcze jednym, może najjaskrawszym, najwięcej w oczy bijącym dowodem na moje twierdzenie, że dziś wielu rodziców pozostawia swe starsze, dorastające dzieci pod względem religijnym prawie zupełnie sobie samym, nie spełnia względem swego starszego potomstwa pod względem religijnym wszystkich swych obowiązków?
Fragment z książki „Rodzice chrześcijańscy a młodzież dorastająca” Ks. Bolesław Żychliński, 1916 r, str. 22.


